« Podróże | Strona główna | Dzienniki - wrzesień II - 2003 »

1 września 2003

Dzienniki - wrzesien I - 2003

Teraz nastały takie dni, że już nie radio, a kosy budzą mnie gwizdem melodii za oknem. ...

Rzadko mi się zdarza oglądać Kalejdoskop Tygodnia telewizji Polsat, i nie zapowiada się abym zapragnął widzieć to częściej. Afera goni aferę, komisje śledcze i rewizyjne – a zwykłym ludziom żyje się coraz gorzej. Tamten świat – cóż za paranoja...

Większość dnia wczorajszego spędziliśmy na dorocznym Royal Show. W imprezie z długoletnimi tradycjami, trwającej tydzień, w każdym większym mieście Australii, bierze udział tysiące ludzi. Wczoraj mimo bardzo ważnego meczu footy, było około 50 tysięcy uczestników.

Olbrzymi teren wystawienniczy składa się z kompleksów targowych, aren sportowych, lunaparków, scen estradowych i setek punktów żywienia. Dla dzieci raj, a i dla nas starszych, też zawsze znajdzie się coś ciekawego. Z przyjemnością wysłuchałem mini-recitalu operetkowego, w wykonaniu miejscowych artystów. Obejrzałem najnowsze trendy w sylwetce Renaulta i Mazdy. Pooglądałem konkurs hippiczny i nasyciłem oczy wspaniałością kwiatów i krzewów. Pogłaskałem pięknie utrzymane krasule i siwki, jak i setki innych zwierząt domowych oraz ptactwa. Spacerowałem wsród wymyślnych labiryntów rollercoastera i wszelkiego rodzaju strzelnic, wrzutek i innych jarmarcznych, bajecznie kolorowych budek z wrzaskliwie nawołującą - do wzięcia udziału w ich zabawie - obsługą. Kakofonia muzyki z różnych źródeł, krzyki nawołujących się, szum z automatów i piski biorących udział w tych podnoszących poziom adrenaliny, zabawach – to wszystko dopełnia kolorytu tej imprezie.

Głębokim popołudniem opuściliśmy to miejsce, obładowani tzw. show bags – souvenirs z imprezy - obowiązkowymi dla dzieci. Do zobaczenia za rok. Może?


2 wrzesnia 2003 (wtorek)

Od rana siąpi mżawka. Pomimo tego decyduję się na wyjście z domu. Czapka od Renka znów się przydaje. Ruszam w tempie wolnego maratończyka, a siedzący na okolicznym drzewie ptak, wydał ironiczne dźwięki zdziwienia nad głupotą ludzką...”nie musi a biegnie” – zdawał się artykułować – „dziwna ta natura ludzka”.

Wczoraj skończyłem maraton telewizyjny. Zakończyłem oglądanie Mistrzostw Świata w lekkoatletyce z Paryża. Ileż to wrażeń pozostało po 9 dniach zmagań sportowców. Trzy z nich utkwiły najbardziej w pamięci: styl w jakim Carolina Kluft ze Szwecji zdobyła złoty medal w siedmioboju. Suche 7000 punktów – ile się za tym kryje przygotowań, treningów, wyrzeczeń. Z jaką energią i nie ukrywanymi emocjami biła swoje rekordy.

Sprinter Jon Drummond – osobisty dramat sportowca, rok czasu przygotowującego się do tego występu, a durne przepisy wraz z elektroniką, odebrały mu prawo do startu w imprezie.

Triumf hartu woli Roberta Korzeniowskiego i piękne przyjęcie na stadionie jako kwintesencja sukcesu.

Gorący natrysk robi swoje. Po 5 minutach czuję się jak...w średnim wieku bóg.


4 wrzesnia 2003 (czwartek)

Zastanawiam się często nad formami snobizmu. Szczególnie, nad snobizmem związanym ze sztuką. Czy to jest warunek konieczny, aby egzystowała wielka sztuka, czy to jest w ogóle potrzebne? Czy formy artyzmu stracą blask, zwalą się z piedestału przez to że etos wielkich artystów rozmięknie naturalnością. Muszę od razu powiedzieć, że w kraju który wybrałem do życia, snobizm artystyczny to pojęcie marginalne. Oczywiście jest to moje zdanie, oparte na własnych obserwacjach. Australijscy artyści są na ogół ludźmi otwartymi, wesołymi, bez cienia wyższości, czy patosu. Zawsze do usług – można by wyczytać z twarzy literata, muzyka czy malarza. Skrzypaczka, czy wiolonczelista orkiestry symfonicznej, zawsze gotowa jest podjąć miłą rozmowę po koncercie, czego sam doświadczyłem. Bywając czasem na wernisażach, widzę luz i uśmiech fotografików, malarzy, nobilitownych przecież tym tłumkiem oglądaczy, a tak naturalnych i ludzkich.

Swego czasu bardzo oburzyłem pewną Polkę przeprowadzającą ze mną wywiad radiowy. Odważyłem się bowiem wspomnieć w tym samym zdaniu o Szopenie i Claptonie. Pani redaktorka była tak poruszona, jakbym porównał słonia z pietruszką. Zresztą, ja ich wcale nie porównywałem; stwierdziłem jedynie, że tak jak Szopen był mistrzem fortepianu, tak Clapton jest mistrzem gitary. Na to moje stwierdzenie, odparowała: „przecież tego nie da się w ogóle porównać, Szopen był romantykiem”...(z wyniosłością w głosie). Tak, jakby romantyzm był czymś nadprzyrodzonym, a nie sztuczną próbą szufladkowania artystów. Wspomniana pani nigdy chyba nie widziała (słyszała), koncertu na gitarę i orkiestrę, gdzie Clapton w roli głównej wraz z Londyńską Orkiestrą Symfoniczną, wzruszał podekscytowanych melomanów; wcale nie będąc romantykiem (mam na myśli sztukę, bo prywatnie to chyba nim jest).

Parę dni temu przeczytałem takie kuriozum. Stanisław Lem o książce „Harry Potter (któryś tam)”:... Ja próbowałem to czytać, ale się nie da...Akurat nie jestem entuzjastą science-fiction, ani w wydaniu S.Lema, ani J.K.Rowling. Ale zastanawiam się dlaczego Lem ...bajeruje. To się daje czytać, świadczą o tym miliony egzemplarzy tych książek na świecie. Są to książki przeznaczone dla dzieci. Jak fama niesie, dzieci są wymagającymi odbiorcami, a więc... jak to wytłumaczyć?

Ja rozumię że pan Lem chce powiedzieć, że należąca do tego samego nurtu literackiego pani J.K.Rowling, pisze kiepsko, gorzej od niego. I to jest możliwe, nawet wielce prawdopodobne. Stanisław Lem oprócz zdolności literackich, dysponuje olbrzymią wiedzą astronautyki, astrofizyki czy filozofii. Ale po co uderzać w tak lekceważący ton. Wypowiadał się dla pisma znającego się na literaturze, więc oczekiwałbym od niego paru głębszych przemyśleń. Prawda chyba leży gdzie indziej. Po prostu p. Lem, jak większość pisarzy, nie czytuje konkurencji – z zasady.


5 wrzesnia 2003 (piątek)

Muszę już „wskoczyć” w krótkie spodnie i cieńsze wdzianko na „walk”, bo już ciepło od rana. Wielkie, białe papugi wydzierają się niczym stare skrzypiące wrota.

Wczoraj późno wróciliśmy z koncertu. Doroczny festiwal muzyczny szkół katolickich z całego stanu. Przez cztery wieczory, uczniowie 66 szkół katolickich popisują się umiejętnościami muzycznymi w sali koncertowej Festival Theatre. W sali gdzie występują sławy z całego świata (nie pamiętam aby ktoś z Polski tam występował). Moje dziecko miało przyjemność wystąpić tam drugi raz z rzędu. Śpiewała w międzyszkolnym chórze, który był podporą imprezy. Chór – brzmi statycznie. To był cały układ choreograficzny, gdzie 500 uczniów (z podstawówek 6,7 i średnich szkół), rozśmieszyło nas do łez swymi występami. W ogóle cała impreza niewiele miała z amatorszczyzny. Było to profesjonalne przedstawienie dla publiczności (pełna sala rodzin) i dla samych wykonawców. Występy takie dają młodym ludziom, bezpośredni kontakt z profesjonalną pracą na scenie i za kulisami. Jedno co mnie złości, to zakaz fotografowania i video w czasie występu. A to z dwóch powodów: wszystkie wykonywane utwory są chronione copyrights, a zgoda na ich wykonanie wyklucza „dziką” rejestrację; a po drugie, nowe przepisy w Australii o „privacy” obywateli. Wygląda na to że dajemy się zwariować.

Zauważam tendencje do powrotu gustów muzycznych z połowy poprzedniego wieku. Bardzo popularne robią się grupy jazzujące. Świetne wykonanie np. Don’t Know Why Jesse Harris, francusko-angielskiego standardu jazzowego. Na dziesięć zespołów – osiem, to grupy swingowe. W poprzednim roku, pamiętam, było więcej rocka i klasyki.

Scenografia, arranżacje, światło i efekty sceniczne dozowane były bez zastrzeżeń. I pomyśleć że, mieli tylko jedną próbę w komplecie. Poprzedziły ją paromiesięczne przygotowania w poszczególnych szkołach. Oczywiście impreza była z biletami wstępu. Aby zobaczyć swoje dziecko w akcji, trzeba zapłacić.

No cóż,... sztuka kosztuje.

A propos muzyki. Częste słuchanie radia ABC Classic, kieruje mi uwagę na pewne zjawiska, których wcześniej byłem nieświadom. Otóż jadąc z pracy parę dni temu, słyszałem utwór znany mi z wykonania Mazowsza, (jako polski folklor). A tu okazuje się, że to skomponował nie kto inny jak Norweg – E.Grieg. Kiedyś podobnie naciąłem się na starowęgierską kompozycję, którą znam z wykonań zespołu pieśni i tańca Śląsk. A muzyka do „Bolka i Lolka” zerżnięta jest od finskiego kompozytora J.Sibeliusa.

Coś z tą rodzimą muzyką nie tak...


8 września 2003 (poniedziałek)

Parę dni temu dziecko zapytało mnie, co bym chciał na „Dzień Ojca”. Dzień tak samo hucznie obchodzony jak Dzień Matki, zwykle w drugą niedzielę września. Restauracje i inne podobne temuż przybytki aż pękają w szwach.

„Może coś z muzyki?” – zagadnęła.

Dziecko od razu przechodzi do konkretów. Wie gdzie mój słaby punkt. Dzięki Bogu moja fonoteka, już prawie w całości zaspokaja moje potrzeby. Pewnie, są jeszcze „rzeczy” które obiecałem sobie kiedyś sprezentować. No, ale jak dziecku polecić takie zadanie jak np. płyta Procol Harum pt.Grand Hotel, Jazzowa muzyka filmowa Krzysztofa Komedy, czy Dance of the Knights z Romeo i Julia, Prokofiewa. Jest jeszcze trio Emerson, Lake & Palmer z płytami: Sześć żon Henryka VIII, i Obrazki z wystawy M.Musorbskiego. No i nie pogniewałbym się na muzykę filmową J.Morossa, a szczególnie do filmu Big Country (po polsku zmyłkowo zwanym Białym Kanionem).

Wtedy szczerze powiem: mam wszystko co lubię... A nazbierało się tego. Od wielkich dzieł klasyków - Beethovena i Bacha i wielu innych, poprzez muzykę popularną: Beatlesów, czy Jean-Michel Jarre, jazz, country-music i blues, aż do rocka z takimi rarytasami jak: In a gada da vida – Iron Butterfly. A jest też spory dział polski, jak również muzyka hinduska i arabska – które bardzo lubię.

Skończyło się na tradycyjnej koszuli i krawacie (tak rzadko noszę te ostatnie) i obżarstwie w szerokim gronie rodzinnym. Ale co ważniejsze, dostałem kartę z wierszem ułożonym specjalnie na tę okazję, o mnie, jako... tulipanie.


10 września 2003 (środa)

Przeczytałem właśnie małą książeczkę Budzyńskiego „Taniec z Baczyńskim”. Autor dość chaotycznie opisuje i przytacza wspomnienia znajomych z okresu, młodzieńczych czasów poety. Okres kiedy Baczyński zakochał się i ożenił z Barbarą Drepczyńską. Liczyłem że natrafię na więcej informacji z jego życia wewnętrznego, ale ten jako człowiek zamknięty w sobie, pozostawił na współczesnych wrażenie bardzo powierzchowne.

Na Baczyńskiego „natknąłem” się dość wcześnie, a to dzięki świetnej interpretacji jego wierszy przez Ewę Demarczyk do muzyki Z.Koniecznego. Krzysztof Kamil B. zginął w 4 dniu powstania, mając zaledwie 23 lata. Jego żona - Basia, miesiąc później podzieliła jego los.

Kim byłby Baczyński gdyby przeżył ? Czy jak widzi to Szymborska w jednym ze swoich wierszy, spokojnym, starszym panem – literatem, rzadko rozpoznawanym na ulicy. Prawdopodobnie... Czy etos poety-żołnierza pozostałby mu na zawsze ? Czy po drodze, w erze stalinowskiej, rozmieniłby sumienie na drobne, jak robili to np. Iwaszkiewicz, Andrzejewski, czy wspomniana Szymborska? A może, jak Miłosz, czy Herbert, spędziłby dużą część życia na emigracji?

Na podstawie tego co przeczytałem o nim dotychczas, uważam, że ta ostatnia opcja byłaby najbardziej prawdopodobna. Był zbyt wrażliwy, aby tolerować polityczno-społeczne skurwysyństwo tamtych czasów. Z drugiej strony, ...matka. Trudny wybór.

Ludzie zapomnieli na czym polega p o l e m i k a.

Czyż nie powinno się uczyć tego w szkole?...


11 września 2003 (czwartek)

Jest 11 w r z e ś n i a - u nas. W Ameryce ciągle 10-ty.

Wczoraj wieczorem obejrzałem program telewizyjny „Art of Piano”. W dwugodzinnym programie przewinęła się cała plejada znakomitych pianistów, z całego świata. Nazwiska dobrze mi znane jak: Artur Rubinstein, Światosław Richter, Horowitz, jak i te o których nigdy wcześniej nie słyszałem. Mistrzowie fortepianu opowiadali o finezji techniki gry, wspominali osiągnięcia; pokazano fragmenty koncertów, i recitali śmietanki najwybitniejszych pianistów. Oby więcej takich programów.

Idę ...w śniegu.

Malutkie białe płatki kwiecia drzew, szarpane porwistym wiatrem, sypią niczym śnieżny puch. Ulica po której się wspinam, jest gęsto wysadzana flowering plum (kwiecistą śliwą, nie występującą w Polsce), i teraz sprawia wrażenie ośnieżonej. Cała w bieli. Wchodzę alejką do niewielkiego parku. Tu już inne drzewa, „śnieżyca” ustąpiła.

Tuż przy alei leży porzucona „futbolówka”. Nie wiele myśląc, jak Boniek przyłożyłem się do dryblingu i poszedłem po skrzydle. Po chwili wróciłem z piłką w to samo miejsce. Dzieci rano pewnie zorientują się, że zostawiły piłkę w parku i po nią przyjdą.

Dosyć często spotykam „porzucone” na noc zabawki, telefony komórkowe, buty i czapki. Kiedyś nawet uczestniczyłem w poszukiwaniu zgubionego psa, spotkanego 20 minut wcześniej, na mojej trasie.


12 września 2003 (piątek)

Tak się dziś utwierdzam w przekonaniu, że teoria Big Bangu wcale nie wyklucza stworzenia wszechświata przez Boga. Jest to tylko opisanie, w jaki sposób powstawał świat. Teraz bardzo niepewne, ogólnikowe – ale wierzę że niedługo teorie się uściślą. No bo skoro, nie stanowią dla nas tajemnicy zjawiska fizyczne typu: piorunów w czasie burzy, zjawisko tęczy, deszczów, trzesień ziemi i wulkanów - to dlaczego nie mielibyśmy zrobić ten jeden krok naprzód i poznać tajemnice powstania Wszystkiego.

Dla tych co ciągle wyobrażają sobie Boga jako dobrego staruszka, który z nudów wziął kolorową plastelinę w swe cudotwórcze dłonie i lepił figurki układając je jak puzzle na Ziemi, teoria Wielkiego Wybuchu może być szokiem. Tym bardziej, że początek nie był wcale obiecujący. Nasz świat powstał za gęsty i za gorący. Tak jak zarodek w łonie matki, niczym nie przypominający dorosłego człowieka. A było to prawdopodobnie 12 miliardów lat temu. I wtedy, ani teoria względności (grawitacji), ani mechanika kwantowa, nie miały racji bytu, jako wyodrębnione prawa natury. Podobnie jak reguły psychologii i fizjologii nie rządzą zarodkiem. To co odkryli panowie: Einstein (dotyczące układów dużych) i Planck (atomy i cząstki elementarne), dotyczyło już ukształtowanej Ziemi w swej współczesnej formie rozwoju. Wiem, że są inne teorie świata, m.in. Teoria superstrun – ale to mi jest praktycznie nie znane, a przez uczonych traktowane z wielkim sceptytyzmem.

Tak, że trzymając się powyższych reguł, należałoby tylko zmodyfikować naszą wizję Stworzenia:

Żadna materia nie została stworzona w formie idealnie skończonej i wszystko podlega formom ewolucji i transformacji. No i wymyśliłem sobie twierdzenie. Nawet szybko mi to poszło. Czy ta teoria nadaje się do obrazu Adama i Ewy, którzy przecież nie powstali w sposób naturalny – bo i skąd? Tu nawet i metafizyka nie pomoże. Wiemy sporo o działaniach grawitacyjnych, czy elektromagnetycznych, ale bardzo mało o dwóch oddziaływaniach jądrowych. Być może bliższe poznanie tych energii, otworzy nam furtkę do bliższego opisu Energii typu Bóg, czy półbogów (Aniołowie).

Mimo tak olbrzymiego postępu ciągle jesteśmy na etapie przedszkola w cyklu (tak, cyklu – nie jest to linia prosta, a raczej wykres sejsmograficzny), parcia do wiedzy absolutnej. A może i niżej...

« Podróże | Strona główna | Dzienniki - wrzesień II - 2003 »