« Biznesmen | Strona główna | Co czytają ci tam na spodzie… »

1 sierpnia 2003

Dzienniki - sierpień I - 2003

Jak zwykle za dwadzieścia siódma, wychodzę na poranny marsz.
Po raz pierwszy tej zimy czuję i widzę efekty niskiej temperatury. Jest nie więcej niż 3-4 stopnie Celcjusza.

A w niektórych miejscach nawet chłodniej, bo szron biały na niektórych przydomowych trawnikach zagościł na dobre. Podobnie, na niektórych dachach domów. Są prawie białe. Czuje się ten chłód. Ale ja to lubię. Już widać błękitne niebo zwiastujące kolejny piękny dzień.Tylko opadów ciągle mało. W Melbourne, od dziś ogłosili drugi stopień restrykcji w używaniu wody. (U nas ciągle – pierwszy). Samochód można myć tylko z wiaderka, a ogród podlewać tylko ręcznie z węża (to akurat nie stanowi żadnego problemu o tej porze roku).
Niczym sztubak szoruję butami sportowymi skostniałą od zimna trawę, aby po chwili podziwiać swoje ślady, oglądając się za siebie. „Jak dziecko...” – mówię, ironizując.
Podobnie, zachwycam się szybami niektórych samochodów. Ciekawe - czym starszy tym lepiej oszroniony! „Całkiem jak w Polsce” – pomyślałem. Chociaż zjawisko przymrozków - powyżej zwrotnika Raka i poniżej Koziorożca – może zdarzyć się wszędzie. Wspinam się pod górę, tu już tych efektów nie ma. Latarnie przyszkolne jak na komendę gasną – jest siódma rano. Cisza, tylko z oddali słyszę pracującą „śmieciarkę”. Jest piątek, w mojej dzielnicy tego właśnie dnia zabierają śmieci. Mamy teraz dwa kosze. Jeden z nich podwójny – lewa komora na recycling, prawa na zwykłe śmieci. Drugi kosz, z odpadami zielonymi (skoszona trawa, obcięte gałązki krzewów itp.) opróżniają raz na miesiąc.
Lubię piątek. To już weekend. Zwykle wychodzę z pracy już o 16-tej. Wieczorem jeździmy z dzieckiem na netball (bardzo popularna gra dla dziewcząt i pań). Są to mecze ligi międzyszkolnej. W sobotę rano z kolei tenis. Dziecko gra w drugiej dywizji juniorów, jak na dwunastolatkę, całkiem nieźle. Sporo nerwów nieraz mnie kosztują te mecze (to po ojcu), cóż poradzę – mam pasję do sportu.
Dochodzę do domu. Przyświeca wesoło słońce,”puszczając oczka” zza malutkich chmur.


4 sierpnia 2003 (poniedziałek)

Wczoraj w kościele modliliśmy się o pokój na wyspach Salomona. Gdzież by mi kiedyś przyszło do głowy, wznosić modły w tak niezwykłej intencji. Ja, kiedyś nawet nie wiedziałem gdzie takie wyspy leżą. Państewko wyspiarskie wielkości województwa mazowieckiego w ostatnim czasie przyciągnęło uwagę świata: korupcją, bandyctwem, praktycznym rozpadem państwowości i szczątków praworządności. Skąd my to znamy.
Kiedy schodzę z najwyższego punktu w okolicy mam wspaniały krajobraz przed sobą. Okoliczne wzgórza, skąpane w promieniach porannego słońca. Nastraja to bardzo optymistycznie. Za 20 minut będę jeszcze bardziej doładowany prądami dobrego samopoczucia, kiedy po gorącym natrysku, śniadaniu i całusie (ważny), pojadę do pracy. Nośnikiem tych pozytywów jest radio ABC, nadając ujmującą muzykę klasyczną. Nie ma nic piękniejszego, niż poranna jazda samochodem przy dźwiękach barokowych klasyków: Handla, Vivaldiego czy Bacha. Wokoło promiennie, spokojnie i zielono. Cóż więcej potrzeba...


7 sierpnia 2003 (czwartek)

Zbiegając lekko po schodach na szkolnym dziedzińcu, który akurat pokonywałem w swojej porannej marszrucie, zauważyłem, że znów zrobiłem się bardzo elastyczny - prawie jak za dawnych lat. I pomyśleć że równo dwa lata temu, uczyłem się od nowa chodzić, po przebytej operacji kręgu lędźwiowego. Wcześniej, ucisk na nerw, powodował ból i ograniczenie możliwości ruchowych. Chodzić mogłem niewiele, a o sporcie raczej mowy nie było.. A teraz, jeszcze mi się zdarzy, wygrać z córką w tenisa. Ponad pół roku temu, wybrałem się do centrum miasta (22 km) na piechotę, co zajęło mi 3 godziny i nie byłem tym specjalnie wyczerpany.
A może to zasługa ...diety optymalnej, którą z różnym skutkiem od roku przestrzegam. Chyba nie...gdyby ta dieta na mnie działała, to nie pisałbym... wierszy. A zdarzy mi się coś sklecić od czasu do czasu. Twórca diety, bardzo nie lubi poetów, uważa wręcz że dieta wybija z głowy takie głupoty.
A może to jednak dieta... Ostatnio, jakby więcej pisuję prozą!


8 sierpnia 2003 (piątek)

Wczoraj wieczorem na komputerze spisywałem poranne myśli, słuchając mojej „historii w ampułce”. Oprócz kilku ulubionych numerów muzycznych, mam także zarejestrowane fragmenty historycznych wydarzeń, np. ogłoszenie wybuchu II wojny światowej w Polskim Radio, czy stanu wojennego przez gen.Jaruzelskiego. Są też dwa, czy trzy fragmenty Gierkowskie, ze słynnym ...”pomożecie”... Ale również tak originalne, jak głos pana Piłsudskiego, czy recytacje Zbigniewa Herberta własnej poezji. I parę innych. Przenosi mnie to na chwilę, w tamte czasy i szybko wracam do rzeczywistości.
Poranna rzeczywistość nie wygląda najlepiej. Znowu złapała mnie mżawka na ¾ drogi. Przezornie zabrałem ze sobą czapkę – pamiątkę po ciotecznym bracie, Renku. Dostałem ją od niego będąc w odwiedzinach, w Polsce. Biedak, nawet pięćdziesiątki nie doczekał. Właściwie to źle się wyrażam – to my tu pozostali, jesteśmy biedni bliskiego odejściem. W tamtym roku umarł. Pechowy był tamten rok. Żona straciła siostrę, ja wspomnianego brata. I to wszystko tam – 17 tysięcy kilometrów od nas.
Ale serce odległości nie odczuwa.


9 sierpnia 2003 (sobota)

Nawet przyjemnie, sucho z rana. Późno w nocy skończyłem „Wariacje pocztowe” Kazimierza Brandysa. Ciekawy koncept powieści, świadczącej o kunszcie językowym pisarza i jego znajomości przemian zachodzących w formach porozumiewania się na przestrzeni 200 lat. Przedstawił to w formie listów, pisanych przez kolejne pokolenia, męskiej gałęzi rodu Zabierskich. Muszę przyznać że niektóre listy przelatywałem „po łebkach”. Trochę za rozwlekłe opisy sytuacji, ale właśnie w tym, autor miał okazję popisać się swoją logoreą. Jak ten język się zmieniał, człowiek nawet nie zdaje sobie z tego sprawy. A to zjawisko dotyczy każdego języka. Próbowałem kiedyś czytać w originale dramat pt. „Hamlet” Williama Shakespeare (Szekspira). Ile tam niezrozumiałych anarchizmów, jakże inne formy gramatyczne, nie spotykane w obecnych czasach.


11 sierpnia 2003 (poniedziałek)

Idę smutną aleją róż. Wszystkie krzewy przycięte po wojskowemu – krótko na jeża. Jest przenikliwie chłodno. Wczoraj mieliśmy najzimniejszy od kilkudziesięciu lat dzień sierpniowy. Temperatura w dzień nie osiągnęła nawet 10 stopni. Dla odmiany w Europie upały. „Bilans musi być na zero” – jak śpiewał Jan Kaczmarek z kabaretem Elita.
Kiedy ponad dwa miesiące temu zacząłem zapisywać swoje poranne myśli, nie przypuszczałem że to kiedyś ujrzy światło dzienne, a przynajmniej - nie tak szybko. Okazuje się, że tak. Ukaże się w największym, par excellence wydawnictwie światowym, jakim jest Internet. I to do tego, na interesujących stronach Stana, użyczającego mi miejsce u siebie. Na witrynie, gdzie zagląda tysiące Polaków z kraju. Jest to na tyle pobudzające dla mnie, że dla Polonii australijskiej już pisałem trochę i ciągle piszę, natomiast niezmiernie rzadko ukazywały się moje „kawałki”, dla czytelnika w kraju. Tak, tak...już nie „spisuję” siebie tak neutralnie i bezintencjonalnie, jak to robiłem na początku. Mam nadzieję że to tylko chwilowe i znów zacznę pisać ...jakby dla siebie. Kontynuuję dalej tę myśl, bo ciągle „siedzi mi na mózgu” . Więc od teraz, nie piszę już dzienników, tylko...blogi? Myślę że jestem chyba jednym z najstarszych, polskojęzycznych „blogistów” , czy „blogierów” – stąd już literka dzieli od... b l a g i e r a !


12 sierpnia 2003 (wtorek)

Czyżby już wiosna ! Rano przyjemnie – 12 stopni Celcjusza. Słońce wita od progu. Zapowiadają 19 stopni w ciągu dnia. Fajnie się idzie.
Wczoraj przechodząc z pokoju do pokoju usłyszałem fragment programu Current Affairs na kanale 9, o kobiecie (Deb Webber), opowiadającej zebranym o ich zmarłych z rodziny, czy o jeszcze nie narodzonych dzieciach. Zatrzymało mnie to przy telewizorze. Dość atrakcyjna kobieta, z naturalną swobodą, doprowadzała zebranych do łez emocji i wzruszeń. Występujący w tym programie naukowiec, kategorycznie zaprzeczył o możliwości kontaktu ze zmarłym, a wszelkie jej działania tłumaczył: doskonałą obserwacją słuchaczy, psychologią, body language, wybiórczej typowości zdarzeń itp. Na koniec, sam reporter poddał się jej woli energetycznej i był głęboko poruszony jej wiedzą o swoich sprawach prywatnych. Nie podzielam całkowicie zdania naukowca. Zgadzam się z nim w sprawach kontaktu ze zmarłymi. Czegoś takiego nie ma. Bywa natomiast kontakt z podświadomością osób żywych, nawet nie obecnych w danej chwili (ale to już niezmiernie rzadkie przypadki). O tym profesor(?) nie mówił, bo oficjalna nauka tego nie zna. Osoby z pewną nadwrażliwością (jak w przypadku wspomnianej kobiety), potrafią otworzyć wnętrze (psychikę) drugiego człowieka i oglądać w nim sceny z jego życia. Sceny które związane są z silnymi emocjami, frapujące daną osobę. Stąd kobieta w początkowych tygodniach ciąży, ma umysł zaprzątnięty tym wydarzeniem. Ktoś, kto ostatnio stracił bliskiego, myśli dużo o tym. A jasnowidz, myśli te jak również emocje - opisuje. Na podobnych zasadach działają uzdrowiciele, którzy w pewnych przypadkach, rzeczywiście mogą pomagać, przynajmniej na pewien czas. Jest to powiązane z silną autosugestią – a ta potrafi leczyć. Wszystkie te formy są pokrewne różdżkarstwu (radiestezji), z tym że są bardziej skomplikowane. Dlatego różdżkarzy jest stosunkowo dużo i są już naukowo uznani, w przeciwieństwie do czytających „duszę”. Kiedyś ta wiedza będzie jedną z gałęzi nauk psychologicznych, i naukowo wytłumaczy: biotronikę, radiestezję, spirytualizm, psychotronikę, okultyzm, itp.


14 sierpnia 2003 (czwartek)

Wczoraj dziecko chciało się upewnić, czy dobrze odrobiło lekcje i pokazało mi swoją pracę. Aż mnie zatkało. Na pytanie, który z systemów politycznych jest jej zdaniem najlepszy – odpowiedziała że... komunizm(!), bo to ustrój sprawiedliwości społecznej, gdzie nie ma wyzysku klas społecznych, ani bogatych czy biednych, i wszyscy żyją szczęśliwie. Momentalnie mnie szlag trafił ! Krzyczałem na dziecko, pytając kto jej takich bzdur naopowiadał. Ona na to z płaczem że nikt, że to ona sama (12 lat, ostatnia klasa podstawówki), wymyśliła po przeczytaniu tych informacji – podając mi kserokopię jakiejś broszury. Broszura ta, traktowała o różnych systemach władzy i organizacji państwa. Wspomniano tam o demokracji i o władzy dyktatorskiej, krótko charakteryzowano, wszystkie formy ustrojowe. O komunizmie napisano dokładnie to, co w moich podręcznikach, ponad czterdzieści lat temu. Autorowi tej pomocy szkolnej, widać za nic było wieloletnie doświadczenie i praktyka wielu krajów w tym ustroju „pełnym sprawiedliwości i szczęśliwości”. Takiej, że do dzisiaj się pozbierać nie mogą. Nic dziwnego, że dziecko doszło do takich wniosków, po takiej lekturze. I pomyśleć – 12 lat po upadku głównej dyktatury komunistycznej, w katolickiej szkole uczą takich bzdur. I nie jest to niedopatrzenie czy używanie zdeaktualizowanych tekstów. Dowodem tego jest, podsumowanie charakterystyki i cech komunizmu, gdzie wyraźnie stoi, że ustrój ten ciągle jest w Chinach i na Kubie.
Postanowiłem chwilowo porzucić królów elekcyjnych i pędem przerzucić się na historię XX wieku. Nie mogę dopuścić, aby jakiś sfrustrowany neokomunista wpływał na światopogląd mojego dziecka.


15 sierpnia 2003 (piątek)

Znów mnie zebrało na rozważania religijne. Kiedyś wydawało mi się, że Świadkowie Jehowy i Zielonoświątkowscy mają dużo racji, opierając się literalnie na słowach Biblii; wyszydzając te wszystkie zmiany i tradycje wprowadzane przez kolejne Sobory watykańskie, wraz z ich organizacyjną potęgą. Często to analizując, dochodzę jednak do odmiennego wniosku. Przecież oni też wybiórczo czytają Pismo. Biblia (Stary Testament) ma to do siebie, że każdy nawet zbrodniarz, znajdzie tam usprawiedliwienie swego działania. Często kolejne zdania są zaprzeczeniem siebie. Ja to tak często odbieram. Co prawda - nie jestem uczonym w Pismie. Bóg dał Izraelitom prawa i obowiązki, szczegółowe nakazy i zakazy. Bóg dał im – narodowi wybranemu – wytyczne. Tworzył się judaizm. Judaizm nigdy nie był i nie miał w swych podstawach, bycia religią powszechną. Aby ustanowić religię powszechną, przyszedł na świat Jezus. A Jezus nie chodził z księgą i nie nauczał wytycznych z Biblii - tylko raz w swym nauczaniu zajmował się wykładaniem (tłumaczeniem?) Pisma. Mówił wręcz rzeczy diametralnie inne, niż te zasadniczo ujęte w Starym Testamencie. Głównymi wartościami których nauczał, były: miłość bliźniego, dobroć i przebaczenie. Nic praktycznie poza tym. Właściwie swoim codziennym postępowaniem zaprzeczał słowom Pisma. Jedynie, jako istota Boska wypełniał jego proroctwa. A teraz - tak naprawdę – co to jest Stary Testament? Spisywane na przestrzeni wieków księgi, Żydzi posegregowali, coś odrzucili, część dopisali. Później chrześcijanie dokonali selekcji na swój użytek. I od kilkunastu wieków mamy względnie niezmienną formę ksiąg.
Stary Testament jest bogaty w wiedzę o wszystkim co dotyczy świata, ale moim zdaniem nie jest to, jedyne niezmącone źródło literalnej prawdy i manual postępowania. Gdyby tak było, Jezus by pouczał: Trzymajcie się litery Pisma.

« Biznesmen | Strona główna | Co czytają ci tam na spodzie… »