« Ekstrawagancja | Strona główna | Podróże »

17 sierpnia 2003

Dzienniki - sierpień II - 2003

Zimny poranek. Po drodze wspominam wczorajszy maraton filmowy. Znów wypożyczyłem dwa filmy na DVD. Pierwszy to kultowy film Marka Piwowskiego z 1969 roku pt. Rejs. ...

Aż dziw bierze że go jeszcze nigdy nie widziałem. A drugi – „Córa marnotrawna”. I na tym moje wspomnienie o tym ostatnim filmie mógłbym zakończyć; muszę jednak napisać parę słów, bo już jutro, to o nim napewno nie będę pamiętać. Otóż, autorski film (reżyseria, scenariusz, etc.) J. Kondriatiuka, wspomaganego przez Igę Cembrzyńską, jest jedną, wielką chałą. Niby robiony w stylu komiksu, groteska absurdu - ale to w żadnym wypadku nie tłumaczy nieudolności: gagów, dialogów, gry aktorskiej, itp. Jedynie kamerzysta nie zawiódł. Aktorzy grali jak na akademii pierwszomajowej (kto to dzisiaj pamięta).

Trzymałem nerwowo pilota, wielokrotnie chcąc zakończyć projekcję tego mizerniactwa, ale ciągle w myślach powtarzałem –„a, dam mu jeszcze szansę, może następne sceny będą lepsze”, i z tą oto optymistyczną, aczkolwiek, niespełnioną wiarą, dotrwałem do końca filmu.

Natomiast „Rejs”, całkiem niezły. Może nie nazwałbym tego szumnie kultowym (sekwencje z Himilsbachem zawiodły mnie – w sumie, krótki skecz mimiczny), ale film dość originalny. Widać u Piwowskiego fascynacje Fellinim (typowe sceny chodzone, ujęcie planu), ale przynajmniej miał dobre wzory. Ciągle z przyjemnością oglądam starą szkołę kinematografii - włoską i francuską.

- Ale tu ciepło – powiedziałem do żony wchodząc do domu po porannym marszu. – Wiaderko gorącej poproszę... – dodałem, cytując Alternatywy 4.

To był dopiero film kultowy!

20 sierpnia 2003 (środa)

Brrr,... ale zimno i wietrznie. Nie tyle zimno (10 stopni), ile nieprzyjemnie, bo wiatr przeszywa gwałtownymi podmuchami. Szalony wiatr przypomina mi pobyt na wyspie Bali. Nie, tam nie było wcale wiatru; to przydomowe wietrzne kuranty (wind chimes), czyli dzwonki rurowe, bardzo popularne tutaj, wodzą mnie na wspomnienia. Wiszą przy oknach i drzwiach domów wydając na wietrze szeroką gamę dźwięków, do złudzenia przypominających balijskie instrumenty ludowe (bo tak naprawdę stamtąd te dzwonki się wywodzą).

Od razu się cieplej zrobiło maszerując w takiej oprawie muzycznej, nawet trochę się przebiegłem, wspominając ten raj na ziemi. Raj, owszem... ale tylko dla przybyszy z uprzemysłowionych krajów. Raj dla Australijczyków, Skandynawów, Japończyków, Niemców, itp. Raj – niestety utracony. Raj, gdzie miejscowa ludność, wręcz z niewolniczym posłuszeństwem spełniała wszelkie zachcianki przybyszów, za pół darmo. Co więcej, wielce ich nakłaniała aby z tych usług korzystali i byli uszczęśliwiani. Raj ten był miejscem tak bezpiecznym, przyjaznym i ciepłym. Przyjezdni zamieszkiwali przez 10, czy 14 dni, w wybudowanych tylko dla nich pałacach, jakimi była większość hoteli. Mimo że zwykle usytuowane przy plaży, posiadały po kilka basenów, gdzie kąpiel o każdej porze dnia, czy nocy, sprawiała taką samą przyjemność. I to wszystko teraz ledwie zipie. Turyści na ogół nie przyjeżdżają, bo się boją. Miejscowi przymierają głodem – i to jest najgorsze.

Turyści - takich rajów znajdą kilka w pobliżu. Natomiast ci dobrzy, przedsiębiorczy i ciągle potrafiący się uśmiechać ludzie, stracili źródło dochodu – źródło utrzymania się i tak żyjąc bardzo skromnie. Teraz pewnie jest jeszcze gorzej. Jak może być gorzej niż skromnie. Lepiej sobie tego nie wyobrażać.

I to wszystko przez kilku wariatów – ksenofobów; pod płaszczykiem religijno-solidarnościowym robiących jatkę, w której zginęło również wielu miejscowych.

Byliśmy w tym klubie z dziećmi. Po drodze z zakupów, wstąpiliśmy na napoje chłodzące – rok przed tą tragedią.

Czy te ulice, restauracje i hotele, znów kiedyś odżyją. Napewno. Tylko fatum tego wydarzenia, już pozbawiło dziewiczej beztroski tego uroczego zakątka świata. I tych paru muzułmańskich szaleńców, zrobiło krzywdę, głównie - nic im nie zawadzającym buddystom.

Tuż po przebudzeniu, usłyszałem wieści z Bagdadu – podobni narwańcy wysadzili hotel w powietrze, a ucierpieli głównie pracownicy ONZ tam przebywający. W Jerozolimie natomiast, bomba w autobusie zabija przypadkowych ludzi, w tym dzieci. Znowu dżihad.

C z y c i l u d z i e j u ż d o k o ń c a z w a r i o w a l i !!!


21 sierpnia 2003 (czwartek)

świat się zmienia. Wpadłem na ten pomysł w nieoczekiwanych okolicznościach. Właśnie mijałem cieślę „rannego ptaszka”, który bardzo wcześnie wziął się do roboty, przy budowie nowego domu. Skoro świt, ledwie słońce wstało, ten już młotkiem stukał. Nie jest to znów takie niezwykłe – niezwykłym by się mogło wydawać moje skojarzenie.

Słysząc odgłosy młotka, spojrzałem na cieślę,... jak na gwiazdę telewizji. Tak, kiedyś żeby być gwiazdą małego ekranu, trzeba było mieć...ciało; umiejętnie go ubrać i nim poruszać. Trzeba było mieć też twarz i głos oraz coś tzw. artystycznego robić. To było kiedyś.

Ten gość, obecnie mógłby ściągnąć sporą widownię przed teli (tak nazywamy TV). Młotek (najlepiej automatyczny), parę gwoździ i deski, pędzel czasem chochla i patelnia, przyciągają uwagę tłumów. Czyli, programy w stylu „zrób to sam” (kto pamięta p.Słodowego?), ściągają publikę. Co ciekawe, zdecydowana większość z tych fascynatów, na oglądaniu zakończy swe zainteresowanie renowacją domu, czy ugotowaniem potrawy. Oni zatrudnią fachowca, a sami pójdą na obiad do restauracji, co najwyżej, sprawdzą w menu –„czy mają tę potrawę, którą oglądaliśmy w teli”.

Aby nie być gołosłownym, poniższe przykłady cisną mi się na klawiaturę.

Tak uwielbiana w Polsce, australijska aktorka Rebecca Gilling z Powrót do Edenu, tutaj dopiero zaczęła być popularna, kiedy założyła dżinsy i wzięła w rękę pędzel i młotek w programie Our House (Nasz dom). Podobnie, dawny wokalista popularnego w latach siedemdziesiątych zespołu rockowego Skyhooks – Shirley Strachan. Występował w tym samym programie, w swym wyuczonym zawodzie (jako cieśla, właśnie), i natychmast odzyskał utraconą przed latay popularność.

Tak obserwuję z boku ten szklany ekran, dziwując się, ludzkim podnietom na widok licytatora, który wali młotkiem na aukcji jakiejś rudery za niebotyczne pieniądze, czy zamieniających się domami i wprowadzających innowacje w dekoracji pokoi, aby zaszokować właściciela. Co w tym fascynującego ?

Nie mogę nic powiedzieć na temat największego „hitu”, czyli programu Big Brother. Po prostu, nie zdarzyło mi się nawet fragmentarycznie obejrzeć żadnego odcinka. Wystarczająco obrzydzały mi to media towarzyszące : komercyjne radio (aktualności z domu wielkiego brata), gazety (wywiady i zdjęcia uczestników), reklamy telewizyjne tego „ewenementu” w czasie innych programów, czy internet (atakujący agresywnymi wstawkami). Pan Orwell pewnie w grobie się przekręca.

Czas na podsumowanie. Nie artyzm, czy intelekt rządzą światem. Na to nie ma zapotrzebowania. Ludzie zniżają loty. Dobry rzemieślnik zaspokaja wszelkie potrzeby, nawet intelektualne.


24 sierpnia 2003 (niedziela)

Przechodzę uliczką Driscoll. Zastanawiam się czy to od imienia znanej kiedyś piosenkarki angielskiej? Julie Driscoll była żeńską odmianą Donovana. Bardzo ją lubiłem. Tu nazwiska twórców i wykonawców rocka, czy popmusic w nazwach ulic, to nic nadzwyczajnego. Swą ulicę ma Mick Jagger z The Rolling Stones, czy basista z tej grupy Bill Wyman. Akurat z nim się trochę pośpieszyli, bo wypiął się już dość dawno na ciągle aktywny zespół, aby rozkoszować się swą 17-letnią żoną (niedługo po tym, ona się na niego wypięła).

Pamiętam, jak na początku pobytu, jechaliśmy na drugi koniec miasta aby sfotografować się przy tabliczkach ulic z polskimi nazwami: Poznan, Warsaw, Radom, Vistula i inne dumnie dla nas brzmiące nazwy. Ale powracając do muzyków – wczoraj przesłuchiwałem ostatnią płytę Niemena, pt. Spodchmurykapelusza. Płyta kompletnie autorska. Kompozycje, teksty, aranżacja, wszystkie instrumenty, okładka i grafika – to wszystko N i e m e n. Spogląda na nas gniewnie, ciągle pozostało w nim coś z buntownika, chociaż osobiście bardziej postrzegałem go jako „enigmatyka”. Pamiętam poranek lata 1969, kiedy w Ustce, czy Jastrzębiej Górze - Czesław wciśnięty w tylne siedzenie jakiegoś auta, tylko wynurzył się na chwilę, aby odebrać porcję świeżego pieczywa od kolegów muzyków, którzy stanęli z nami w kolejce do piekarni. On był jak zwykłe tajemniczy, nawet o ósmej rano.

Ale powracam do muzyki. Wielokrotnie jego muzykę zdradzałem, często był dla mnie zbyt udziwniony, zbyt polski, czy słowiański. Ale były również okresy gorącej miłości do jego muzyki – pierwsze płyty z Akwarelami, czy Bema pamięci rapsod żałobny. Na przesłuchanej właśnie płycie, numery takie jak: Spodchmurykapelusza,czy Sonancja, trafiają od razu prosto w serce. W niektórych widzę zapożyczenia z przeszłości: Doloniedola, to cała Płonie stodoła; są też inne, podobne skojarzenia. Generalnie, razi mnie w niektórych numerach elektroniczna perkusja. Kiedy nie człowiek, a maszyna podaje tak ważny impuls w muzyce, oddczuwam to jako coś nienaturalnego.

Jak zawsze, Niemen ma bardzo dobre teksty. Szkoda że, oprócz jednego, nie podał tego w wersji drukowanej. Jestem pewien, że za następnym przesłuchaniem, będę miał więcej emocjonalnych wrażeń. Tym cechuje się muzyka dobra.


25 sierpnia 2003 (poniedziałek)

Są trzy imprezy zmieniające na czas ich trwania, mój sposób życia: olimpiada, puchar świata w piłce nożnej i mistrzostwa świata w lekkoatletyce. Ta ostatnia impreza właśnie zaczęła się w Paryżu. Codzienne sześć godzin transmisji (cała noc), rejestruję na video i zaraz po pracy, zaczynam to oglądać. Jak mogę, tak wystrzegam się w tym czasie informacji (aby nie znać rezultatów), choć to nie najważniejsze. Tą atmosferą chcę żyć, dlatego lubię oglądać ten psychologiczny spektakl – przygotowanie zawodników, sam występ i euforie szczęścia czy rozpaczy. Te uniesienia i dramaty, ludzki wysiłek, gracja – to co codziennie przyciąga mnie do telewizora. I tak będzie przez najbliższy tydzień. Stadion jest dla mnie symbolem szlachetności i ambicji rodzaju ludzkiego, dlatego przykro mi słuchać o różnego rodzaju „zadymach”, na imprezach sportowych.

Pamiętam ostatni Puchar świata w piłce nożnej, idiotycznie zwanym Mundialem, (koreańsko-japoński... mundial?). Obejrzałem wszystkie 64 mecze. A ostatnią olimpiadę, nawet częściowo na żywo, na stadionie (niektóre eliminacje odbywały się u nas).

Od wczoraj zachorowałem na lekkoatletykę...


26 sierpnia 2003 (wtorek)

Zimno i pięknie. Siworóżowo-niebieskawe niebo. Powietrze aż gęste, podświetlane promieniami słońca. Leniwe mgły usadowiły się na wzgórzach tworząc nimby pagórkom. Cała okolica w oparach. Nagie lub pokryte rzadkim kwieciem drzewka, wystroiły się tego poranka w ozdobne, lśniące perełki – duże krople wody, przylepione do delikatnych gałązek. Wyglądają wspaniale, szczególnie w promieniach słońca.

Dalej nad zalewem z zaporą wodną – opary unoszące się nad wodą, imitując gorące jeziora nowozelandzkie, gdzie woda niczym w diabelskich kotłach wydziela siarkowy smród i straszy odgłosem dudnienia z podziemi. U nas nie jest tak groźnie i tajemniczo, ale równie pięknie, choć ...za godzinę śladu po mgłach nie będzie.

Myślałem o emigracji. Z n o w u !

Jak się ma współczesna próba zmiany miejsca stałego pobytu, do tej z moich czasów, czyli sprzed 20 lat. Czytuję refleksje obecnych adeptów trudnej sztuki, jaką jest przystosowanie się do odmiennych warunków, czy tych którzy dopiero zamierzają ten krok podjąć.

Ponieważ jestem w transie lekkoatletycznym (trzeci dzień mistrzostw w Paryżu), więc nasuwa mi się porównanie sportowe.

Ci, którzy startowali w tych zawodach (emigracji) 20 lat temu, mieli do pokonania tylko 1 metr w skoku wzwyż. Metr, to nie zbyt dużo i każdy przeciętny człowiek, poradził sobie z tą wysokością. Co więcej, a może głównie – nam, zawodnikom polskiego LZS-u, zwykle występujących na polanach i podrzędnych stadionach, nagle dane było wystąpić na najlepszych obiektach sportowych świata. Bardzo szybko wpisaliśmy się do kadry danego kraju, z pełnymi przywilejami włącznie.

Teraz te kryteria się zmieniły. Poprzeczkę znacznie podniesiono – teraz trzeba pokonać metr czterdzieści; co już nie jest sprawą prostą i nawet po pewnym przygotowaniu, nie każdemu się udaje. Kadrowe, też nie przysługuje automatycznie. A po drugie – sprawa areny sportowej. Już nie taka różnica i kontrast jak było kiedyś. Jest jeszcze jeden bardzo ważny czynnik – psychologiczy. Chęć spróbowania owocu zakazanego, łamanie barier, osiągnięcia czegoś co zabronione. Teraz nie ma tego motywu. Co więcej, od maja następnego roku, dodatkowa brama na europejskie stadiony, otworzy swoje podwoje. Teraz już decyzją nie żądzi pytanie: b y ć albo nie być, ale bardziej prozaiczne, lecz realistyczne: c z y w a r t o?

Zdaję sobie sprawę, że te moje rozważania są bardzo powierzchowne. Nie zwróciłem na przykład uwagi, na najważniejszy czynnik z mojego prywatnego punktu widzenia, jakim był w owych czasach system rządzenia w PRL-u. Tamta atmosfera beznadziei i bezczelna propaganda systemu który gnił, a mimo wszystko trzymał zamordyzm, dopełniała czary goryczy. Inna sprawa, że wielu we współczesnej Polsce, ma podobne odczucia – tylko rekwizyty się zmieniły. Brak nadziei na poprawę rynku pracy, zamyka im oczy na wszelkie inne, pozytywne zjawiska. I nie ma się czemu dziwić...


29 sierpnia 2003 (piątek)

Wyrwałem dzisiaj z kopyta. Idę szybko przeliczając jak ten mój marsz, ma się do wczoraj wieczorem oglądanego wyczynu Roberta Korzeniowskiego, w chodzie na 50 km. Idę ...dwa razy wolniej. I wiem, że za chwilę zwolnię. A on, szedł...szedł, on płynął pięćdziesiąt kilometrów.

Techniką mistrza Roberta, zachwycali się komentatorzy australijskiej telewizji. W ogóle to Korzeniowski powinien być na rękach noszonych przez tych, którym zależy na promocji Polski i Polaków. W Australii (co prawda w nieludzkich godzinach), relacja z chodu trawła 40 minut, z czego 80% poświęcone było Korzeniowskiemu. Poza tym wieczorne, krótsze relacje.

Dzisiaj, kolejna uczta duchowa. Już wiem z porannych migawek w TV, że nasza Jana Pittman zdobyła złoto na 400 m p/p. Tyle emocji codziennie.


« Ekstrawagancja | Strona główna | Podróże »