« Zywa pochodnia | Strona główna | Biznesmen »

15 lipca 2003

Dziennik - lipiec II - 2003

Mój chrześniak ma 17-ste urodziny. Pamiętam jak dziś, kiedy pędziłem samochodem, w deszczowy, zimny wieczór, ...

aby mu jak najszybciej umożliwić urodziny w optymalnych warunkach Maternity Hospital. A dzisiaj już, żeby z nim porozmawiać zadzieram głowę do góry. Zdolny i wrażliwy mężczyzna wyrasta z niego. Przystojny (chciałoby się powiedzieć po wujku, ale bym skłamał) i wysportowany (w koszykówce, drugi Magic Johnson).

Oby tak dalej !


17 lipiec 2003 (czwartek)

Dziś z właściwą sobie energią wychodzę na poranny marsz.

Ciągle sucho, bardzo mało opadów w tym roku. Dopiero dwa razy deszcz zatrzymał mnie rano w domu. Zawsze zimą, gramy w domu w ping-ponga. Na prawie dwa miesiące stół ping-pongowy króluje w family-room. Moja córka nie wyobraża sobie Tour de France bez tego stołu. Od niepamiętnych lat (dla niej) o szóstej wieczorem mamy codzienne transmisje z wyścigu na jednym z kanałów TV (SBS). W tym czasie, zwykle stoimy przed telewizorem, i w mniej ciekawych momentach kontynuujemy grę. Nasza aktywność zamiera na dwa kilometry przed metą. I tak codziennie, aż do Paryża. Ten końcowy etap, oglądamy zwykle w całości, podziwiając jednocześnie uroki stolicy Francji. A propos tenisa stołowego – coraz częściej przegrywam z dzieckiem. Jedynie żonie się na ogół nie daję -czasem jednak przegrywam.


18 lipiec 2003 (piątek)

Obejrzałem w telewizji koncert QUEEN na Wembley. Ostatni koncert jaki zarejestrowali w pełnym składzie. Robi wrażenie, ten Freddy Merkury panuje nad publicznością jak nad tresowanymi zwierzętami. Nie lekceważy ich, broń Boże, on wie że robi mistrzowsko to co od niego oczekują i żąda coś w zamian. Podporządkowanie i śpiewanie w jego chórku – na jego komendę. Gitarzysta solowy wyśmienity (widziałem go po wielu latach – ciągle mistrz nad mistrze).

I pomyśleć, że każdy następny etap życia wokalisty, to pasmo udręk i tragedii aż po wybawczą śmierć (nie było innego wyjścia - AIDS).

Muzyka pozostała. Tak, szczególnie u mnie. Od dłuższego czasu rejestruję to co lubie na dłużej – na taśmach video, kasetach, CD, w komputerze. A mam i stare płyty winylowe. Obliczyłem że na samych taśmach video, uzbierało się około 250 godzin muzyki w postaci koncertów, programów muzycznych, video clips, filmów muzycznych czy historii muzyki, lub grup muzycznych. Nie wspominam tu innych mediów które gwarantują mi setki godzin z moją ulubioną muzą. A na bezludną wyspę się nie wybieram. To tak na wszelki wypadek.


19 lipiec 2003 (sobota)

Golf!
Jedna z moich pasji.
Oglądam to z poślizgiem, z video. British Open, jeden z najnudniejszych i najbrzydszych pól golfowych, choć nikt nie śmiał o tym wspomnieć (political correctness, rozciąga się dosyć szeroko), lecz słychać to było między wierszami. Tradycja i niemałe nagrody, co roku przyciągają najlepszych golfistów z całego świata. Tak, ani w USA, ani w Australii, nie obejrzy się tylu ”ludzi ze świata”, co tam. Oglądam z video z dwóch przyczyn: nie mogę siedzieć całą noc przed telewizorem, a po drugie, te kilkuminutowe reklamy, doprowadzają mnie do szewskiej pasji. A właśnie ten a nie inny sport, w wyjątkowy sposób mnie relaksuje. Myślę o oglądaniu; kiedy staję sam na polu golfowym wszelkie możliwe uczucia mnie ogarniają: od wściekłości i skrajne kompromitującego wstydu poczyniąc, aż do samouwielbienia i zachwytu nad umiejętnościami (czyt. przypadkowym dobrym zagraniem ), kończąc.


21 lipiec 2003 (poniedzialek)

Wczoraj mieliśmy picnic rodzinny. Wujka mojej żony - 84 urodziny ! Pogoda nadzwyczajna, słońce przygrzewało przez cały dzień. Trzynaście osób liczy nasza szeroka rodzina (znowu szczęśliwa 13-stka). Było tradycyjne barbecue, muzyka, spacery, toasty, piłka i tenis.

Pora soczystych mandarynek, pomarańczy i cytryn.

To właśnie u wujka wygrzebałem starą powieść Wł.J. Grabskiego pt.”Moguncka noc”. Zostały mi ostatnie strony. Bardzo nowocześnie napisana jak na tamte, przaśne czasy. Niegdysiejszy emigrant, przyjeżdża we wczesnych latach sześćdziesiątych do Polski. Przebywa głównie we Wrocławiu i w Warszawie. Interesujące obserwacje i intrygi.


22 lipiec 2003 (wtorek)

W mojej porannej marszrucie mam teren szkolny. Przechodzę na przestrzał przez szkolny dziedziniec w stronę terenów rekreacyjnych. Zbiegam po kilkunastu schodach i przechodzę obok kortów tenisowych i boiska do gry w koszykówkę. W głębi boisko do gry w footy (australijska jajowata piłka – podobna do rugby).

Krocząc tak po dziedzińcu łączącym (tak, nie dzielącym a właśnie łączącym) dwie szkoły: państwową i katolicką, przypominam sobie moją podstawówkę. Widziałem ją parę lat temu, nic się nie zmieniła. Gmaszysko z czasów międzywojennych, mogłoby śmiało służyć za siedzibę sądów, lub więzienia. Mury są bardzo solidne. Pamiętam że spędzaliśmy tam zamknięci jak w klatce, po kilka godzin dziennie, bez możliwości wyjścia na powietrze, ze wyględu na tzw. ciapki, czy trepki (tu pojęcie nie znane). Te szalone gonitwy po zatłoczonych korytarzach, na długich i krótkich przerwach, czy polerowanie poręczy schodów, zjeżdżając na nich między piętrami – to była główna atrakcja szkoły. Mieliśmy nawet okazały ogród przyszkolny, lecz nie odważaliśmy się tam bawić. Kiedy byłem w pierwszej czy drugiej klasie, jakiś facet powiesił się tam właśnie, na którymś z tych drzew. Traktowaliśmy więc ogród jako zaklęte tabu, a nie miejsce do zabaw.

Patrzę teraz na te lekkie budynki szkoły, place zabaw, pergole, patia, tarasy, krzewy wokoło – dochodzę do wniosku, że atmosfera tych szkół (mojej i córki), jest adekwatna do otoczenia.

Tu luz i partnerstwo – u nas był przestrach i rygor wojskowy.

Czyli, jakie otoczenie... taki duch.


24 lipiec 2003 (czwartek)

Deszcz! Kiedy słuchałem porannych wiadomości, ostatnie krople uderzały o szybę. Było mokro i wietrznie. Czy to koniec opadów na dziś, czy chwilowy przystanek w nawilgocaniu naszej spragnionej ziemi. Postanowiłem wyjść z tyłu domu na podwórko - pogimnastykować się.

Bose stopy po chwili truchtu na mokrej i zimnej trawie rozgrzały się jakbym tańczył na rozgrzanej płycie barbecue. Pomyślałem, że taka 15 minutowa rozgrzewka, też dobrze robi dla ciała, gorzej dla ducha - nie czas, na głębsze przemyślenia.


25 lipiec 2003 (czwartek)

Nawet siedząc na największym świeczniku, myśląc że już żadna krytyka się człowieka nie ima, okazuje się, że można dostać klapsa w twarz.

Takim do niedawna wydawał się Krzysztof Penderecki. Same jubileusze – 70-te urodziny, 50-cio lecie pracy twórczej. Wydawałoby się, że to jedno pasmo szczęścia; podejrzewam że dla niego to teraz jedno pasmo udręk. A wszystko zaczęło się od tego, że pani Elżbieta (żona Mistrza), organizująca obchody w Krakowie (mieście gdzie Penderecki tworzył i nauczał), przesadziła z kosztami i Rada Miejska Krakowa nie zaakceptowała projektu. Zaczął się ping-pong. Co zacniejsi Krakusi trochę zaściankowo, atakowali Pendereckiego broniąc swego miasta (mistrz odgrażał się Japonią). Kielich goryczy podał kompozytorowi Janusz Korwin-Mikke, w swym kontrowersyjnym artykule, podważając jego kunszt twórczy; analizując bardzo krytycznym piórem, całą jego karierę artystyczną. Korwin-Mikke, znany z bardzo originalnych opinii i wzbudzających kontrowersje analiz – moim zdaniem - trochę przesadził. Twierdzi on mianowicie, że wszystkie kompozycje Pendereckiego to koniunkturalne produkty. Nigdy naprawdę nie uznane (a te nagrody międzynarodowe ??), nie rozumiane (i tu przypomina mi się mój stosunek do Różewicza), udziwnione kompozycje.

Uważa on, że Penderecki wypłynął na fali mody na awangardę muzyczną (i cóż w tym złego?) od początku lat sześćdziesiątych, a później już jako klasyk tego nurtu lawirował w panteonie wielkich - muzyki współczesnej. Korwin-Mikke zadał sobie trudu i kontaktował się z redakcją Radia Klasyka (odpowiednik naszego ABC Classic), i zapytał czy w popularnym segmencie utworów na życzenie, ktoś zamawia utwory Pendereckiego. Okazało się że nikt...

Tak, zastanawiam się co to oznacza. Czy kompozycje (twórczość) Mistrza są złe, bo niezrozumiałe, czy po prostu, nie dorosliśmy (w sensie ewolucji inteleku i gustu), do tej muzyki.

Znam takie wypadki z przeszłości: J.S.Bacha odkryto na nowo, dopiero 80 lat po jego śmierci. Antonio Vivaldi stał się “niemodny” już za życia i umarł w nędzy, itd. itp.

Być może muzyka Pendereckiego będzie wywoływać dreszczyk emocji za 100, 200 lat, a nie tylko dysputy intelektualne snobów za pieniądze podatnika jak widzi to Janusz Korwin- Mikke.

Z której strony by nie podejść, obchodów jubileuszu mistrza Pendereckiego nie będzie.


28 lipiec 2003 (poniedziałek)

Trochę wietrznie i pochmurno. Deszcz wisi w powietrzu. Zabieram ze sobą czapkę, aby w razie czego „doszczętnie” nie zmoknąć. W Polsce można było wskoczyć do bramy po drodze, tu same prywatne domy i nie ma gdzie się schronić.

W sobotę wieczorem byliśmy na koncercie symfonicznym. Symfoniczny, niby nic takiego, w sumie już kilkanaście różnych zaliczyliśmy. Ten... to ewenement! To był pierwszy koncert muzyki klasycznej XXI wieku ! – śmiało mogę powiedzieć. Takiej uczty się nie spodziewaliśmy. Znaliśmy wcześniej program – same hity muzyki klasycznej: March of the Toreadors, Toccata and Fugue in D minor, Ride of the Valkyries, między innymi, a 1812 Overture Czajkowskiego w finale. Nie podejrzewaliśmy, że nas tak ugoszczą inscenizacyjnie. Formy scenografii i oświetlenia, przypominały rockowe koncerty super grup typu: Pink Floyd czy Yes. Z tym, że były nawet bardziej awangardowe w swej pomysłowości. Trudno uwierzyć że miejscowa orkiestra symfoniczna wraz z dwustuosobowym (połączone: akademicki i filharmoniczny) chórem, ściągnęli na koncert 5000 melomanów! W dzisiejszych czasach...Co więcej, nie był to koncert związany z fundacją dobroczynną, czy darmowy. Miał on jeszcze jedną wielką zaletę oprócz atrakcji zaczerpniętych z pop-kultury – był prowadzony na luzie. Bez szpanu i bez obligatoryjnej sztampy przypisanej krzywdząco w polskim nazewnictwie mianem: muzyka poważna. I co najważniejsze, widziałem dużo młodych ludzi wśród publiczności. Mojemu dziecku też się koncert podobał. Jestem pewien, że podobnie jak oglądana przeze mnie opera Carmen w wieku młodzieńczym, utkwiła mi głęboko w pamięci i pozostawiła wrażenia na długie lata, tak ten koncert, ugruntuje smak muzyczny mojej córce. Nie myślę oczywiście o zawężaniu zainteresowań do muzyki klasycznej, ale o wyrobieniu smaku do muzyki dobrej.

W niedzielnej gazecie, niestety... ani słowa o tym wydarzenia. Nie zapłacili, nie zamówili recenzji, no cóż... mecze footy są ważniejsze. Mimo wszystko, muszę pochwalić naszą orkiestrę symfoniczną. Są bardzo aktywni, działają z duchem czasu, tak na polu artystycznym jak i marketingu. Oby tak dalej.


30 lipiec 2003 (środa)

Wczoraj dziecko zdopingowało mnie do sięgnięcia po gitarę.

Od dawna stoi w kącie nie ruszana, niczym porzucona narzeczona. Powodem tego „pospolitego ruszenia” był hiszpański temat, który dziecko „przyniosło” z lekcji muzyki na pianinie. Temat ten, od lat sam grywałem na gitarze i nagle słysząc to w niezgrabnych, wstępnych próbach mojego dziecka, chciałem jej po prostu zaimponować znajomością tematu. Wziąłem moje 12-sto strunowe pudło, przycisnąłem czule do brzucha, dając mu do zrozumienia że już dobrze,...że go ciągle kocham. Niestety, pudło nie odwzajemniało moich uczuć, palce niczym kończyny Pinokia kaleczyły wspomniany temat, niestety – wyglądało to na wspólne ćwiczenia. I dobrze – rozpoczęliśmy razem próby. Który to raz z rzędu ja je rozpoczynam.


31 lipiec 2003 (czwartek)

W zimie oglądam więcej filmów.
Wypożyczyłem ostatnio z miejscowej biblioteki, DVD, min. Prymasa i Killerów 2-óch.

Jakże inne od siebie te filmy, lecz obydwa dobre.

Prymas pokazuje ponure lata 50-te, w których mi dane było wzrastać (na szczęście jeszcze nic nie rozumiałem), a Killerzy – lata ostatnie, których nie dane mi było oglądać; i całe szczęście. Ten ostatni film też bardzo dobry, niczym nie ustępuje hollywoodzkim filmom komiksowym. Świetna farso-komedia. Jeżeli nie będzie nazywana mianem: „superprodukcji”- jak to ostatnio się zdarza, to wszystko będzie O.K.

Jeszcze jedna uwaga: Polskie filmy na DVD są świetnie nagrane w Dolby surround (Prologic).

« Zywa pochodnia | Strona główna | Biznesmen »