« Dzienniki - czerwiec II - 2003 | Strona główna | Zywa pochodnia »

1 lipca 2003

Dzienniki - lipiec I - 2003

Kończę książkę “Bezpowrotnie utracona leworęczność” Jerzego Pilcha

Jest to moja druga lektura tego autora (pierwszą była “Pod mocnym aniołem” ), oprócz tego, widziałem film fabularny” Żółty szalik” na podstawie jego opowiadania. Wszystkie trzy o tym samym. O gorzale i chlaniu. Wyśmienita narracja i doskonałe anegdoty i ten ból egzystencji... Całym ciałem poeta. Muszę przyznać że pisze świetnie, ma tak “lekką rękę” i to po tylu głębszych; bo jak się orientuję, sam nieźle trunkuje i większość, to opisy własnych przeżyć. “Przeżyj to sam”... a potem to opisz. Dziękuję dalej nie jadę. Przystanek Woodstock – wysiadam. A propos, czytałem że właśnie za miesiąc się zaczyna. Chętnie bym pooddychał tym powietrzem. Posłuchał jak młodzi teraz w Polsce grają, może usłyszałbym kogoś ze starszej generacji rocka. Czy ten polski Woodstock ma choć cząstkę tej charyzmy jaką miał Woodstock 69?. Myślę że dla obecnych 17-latków ma.


4 lipiec 2003 (piątek)

Czy to z okazji tego jubileuszu, pobytu na ziemi australijskiej (przecież nie przepadam za rocznicami), czy już starzeję się na dobre – nie będąc pewien przyczyny - ostatnio często wspominam początki mego pobytu tutaj.

To nagłe wytrącenie z marazmu istnienia, to tak jakby odciąć kawał taśmy filmowej własnego życia i powiedzieć: tę część nakręcamy od nowa. Człowiek po 17 latach nauki, z doświadczeniem życiowym, po nieudanym małżeństwie i smaku ojcostwa, po pracy za granicą – nagle zaczyna życie od nowa... jako student. Od nowa i to w raju, zaczynając naukę języka z podobnymi sobie szczęściarzami z różnych części świata.

Po nijakości i szarości życia, szczególnie w ostatnim okresie, kiedy żyć się odechciewało; słowo socjalizm było wyświechtanym sloganem, którym już nikomu nie chciało się głowy zaprzątać. Tu odkryłem socjalizm – ten prawdziwy. Równość praw i swoboda obyczajowa (nie w znaczeniu pejoratywnym). Usługi za pół darmo (zniżki na wiele usług komunalno-społecznych), osłona socjalna bez zarzutu, szkoły, ubezpieczenia medyczne – to wszystko dawali, zdając się mówić: masz i żyj uczciwie. Słowo uczciwość, padało tu nader często. Powyższe świadczenia i usługi otrzymywało się praktycznie na słowo. Wtedy nawet prawo jazdy było bez zdjęcia, a innych dokumentów nie mieliśmy. Wszystko opierało się na uczciwości – jakie to dziwne dla przybysza wychowanego w socjalistycznym kraju... Okazało się że gdzieś na świecie istnieje wiara w człowieka.


7 lipiec 2003 (poniedziałek)

Od dzisiaj w szkołach, dwutygodniowe ferie. Przerwa między drugim a trzecim semestrem. To się wyczuwa, jest jakby mniejszy ruch, jest ciszej.

Idę dziarsko przed siebie. Zmieniłem dziś trochę trasę, postanowiłem zobaczyć jak rozbudowuje się ostatnia partia wyprzedanych gruntów. Nagle, dochodząc do sporej ulicy zauważyłem ... mój projekt. Jedzie mój truck – pomyślałem. Drogę przecinała mi ciężarówka z wieloosiową naczepą transportową (low loader), którą projektowałem. Przewozili z samego rana, aby później nie tamować ruchu, olbrzymią betonową formę w kształcie walca. Nie bardzo wiem do czego to ma służyć, może do silosów.

Specifiką transportu kołowego jest całkowity brak produkcji taśmowej. Każdy pojazd ciężki jest odmienny od poprzedniego. Tu robi się na konkretne zamówienie klienta. A każdy klient ma inne wymagania. Stąd, stosunkowo łatwo rozpoznać swoje “dziecko”. A tych dzieci już mi się nazbierało. Jeżdżą po całej Australii, Nowej Zelandii i Azji, w Ameryce i w krajach arabskich, nawet w Belgii. Projektowałem: niskopodłogowce - podobne do wspomnianego, kontenerowce, wywrotki boczne i tylne, pojazdy pogotowia energetycznego, pociągi drogowe typu B i C, chłodnie transportowe i tankowce, płaskie trailery i rozsuwane, pojazdy specjalne obsługujące lotniska cywilne i wojskowe, wreszcie pojazdy opancerzone, dla wojska i policji...uff, uzbierało się tego.

Swoją drogą, miło się było spotkać.


8 lipiec 2003 (wtorek)

Przeczytałem właśnie krytyczny artykuł M. Baterowicza o Konstantym Ildefonsie Gałczyńskim. Jako że w tym roku 50-ta rocznica jego śmierci, ukazują się opracowania o kontrowersyjnym poecie.

Autor “Zaczarowanej dorożki” doczekał się dwóch form wspomnień po sobie. Pierwsza prowadzona głównie przez rodzinę (córka Kira) – pełna uniesienia nad geniuszem mistrza pióra - którym niewątpliwie był – uwypuklając same pozytywy, romantyczną duszę mistrza, oczyszczając jego literacki życiorys. Wspomniany autor artykułu zajmuje się jednak tą drugą formą jego prywatnego życia. Gałczyński, szczególnie w ostatnich latach żywota, wsławił się jako piewca komunizmu, publikując parę utworóch które temuż poświęcił. Pijaństwo dopełniło w tym tragicznym życiu goryczy. Był człowiekiem nieodpowiedzialnym i nieobliczalnym. Otoczenie miało go szczerze dosyć, a koledzy po piórze, nigdy nie zapomnieli mu lizania po dupach komunistów.

Oto co napisał Jan Lechoń w 1952 roku, po zapoznaniu się z takim oto dwuwierszem mistrza Ildefonsa:

Oto nasza myśl szopenowska

Oto nasza warta stalinowska.

”...Zbydlęciały Gałczyński nie wiedząc już czego od niego chcą, i co bredzi, doszedł do takiej zwrotki! Bydle!”.

Zbyt lekceważył sobie Gałczyński postawę moralną. Myślał że pięknym językiem się wybroni. A to nie wystarczy, przynajmniej dla następnych dwóch pokoleń. Później... mu zapomną.

Przeczytałem niedawno (nie mam pewności czy Gałczyński też tego nie czytał?), takie zdanie samego św.Tomasza z Akwinu, który mówił: “Sztuka nie wymaga, by artysta dobrze postępował, lecz by tworzył dobre dzieło”.

I bądź tu mądrym...


10 lipiec 2003 (czwartek)

Uważam że, następnym milowym krokiem w Kościele katolickim będzie zniesienie celibatu. Może nie całkowite zniesienie, ale dobrowolność w jego przestrzeganiu.

Już św.Paweł pisał: “Biskup zaś ma być nienaganny, mąż jednej żony, trzeźwy, umiarkowany, przystojny, gościnny, dobry nauczyciel...” Niewielu dzisiejszych biskupów pasuje do przytoczonego opisu. Nawet zniesienie celibatu, nie rozwiąże pewnych problemów. Wiemy to na przykładzie duchownych anglikańskich. Dopóki ludzie są tylko ludźmi, niewiele się zmieni.

Postępujące rozdrobnienie sekciarskie, które moim zdaniem nie ma większego sensu, najczęściej wprowadza głęboko wierzących ludzi w stresy i konflikty z najbliższym otoczeniem. Zmuszając ich do bolesnych wyborów, tak przecież niepotrzebnych, a wywołanych innością interpretacji słów ksiąg starych (głównie chodzi o księgi włączone do tzw. Starego Testamentu), o których Bóg nigdy nie powiedział że są świętymi; tym bardziej nigdy nie wyraził opinii, które do nich mają należeć - pamiętamy że tzw. Świętych ksiąg jest dużo więcej, nie tylko te wchodzące w skład dzisiejszej Biblii. Innym powodem rozdrobnienia sekcjarskiego, jest zaspokajanie partykularnych ambicji paru “nawiedzonych”.

Główne nurty kościelne powinny się schodzić. Co więcej, uważam że trzy główne religie monoteiczne (chrześcijaństwo, islam i judaizm), będą się zbliżać. Nie będzie to zjawiskiem powszechnym, ze względu na brak “czapy” organizacyjnej w islamie, i podziałach w dwóch innych. Lecz mniej ortodoksyjne nurty tych trzech, będą blisko współpracować w imię jednego Boga. Te wszystkie zapowiedzi końca świata, odnoszą się prawdopodobnie do końca ery chrześcijańskiej. Nie znaczy to że chrześcijaństwo zaniknie i wygaśnie. Ale, jeżeli w takim tempie będziemy wytracać wartości moralno-duchowe, to przepowiednie rychło się spełnią. Spójrzmy na Europę zachodnią, czy nawet Australię. Czyż to nie koniec ery chrześcijańskiej?

Lecz z drugiej strony Jezus powiedział do Piotra:...”zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne nie przemogą go”. Tak, Kościół pozostanie, ale dominacja chrześcijan odejdzie do podręczników historii, jak czasy świetności Cesarstwa rzymskiego.

Może tu wcale nie chodzi o dominację...

Nie wiem, czy zdąże w swym życiu kiedyś przeczytać dzieła Kanta, Hegla, Schopenhauera czy Netzchego, nie mówiąc już o Sartrze, czy myślach Marksa, ale wiem, że i tak powyższego tematu nigdy do końca nie rozgryzę.


11 lipiec 2003 (piątek)

Przypomniałem sobie wczorajszy dzień w pracy. Warto chyba o tym wspomnieć.

Ponieważ każdy komputer w moim biurze jest podłączony do internetu, więc na brak rozrywki nie narzekamy. Każdy coś tam ciekawego wynajdzie, czy dostanie e-mailem. I przyzwyczajany od małego - dzieli się tym z bliźnim. Na zasadzie: dobry żart tynfa wart.

Dziś śmieliśmy się do rozpuku z akcji filmu niejakiego Werkowicza. Filmik z serii zwariowanych.

Mały fiacik pokonuje polskie miasteczko, wioskę, lasy, jadąc na wstecznym, czyli do tyłu. Fiacik ten filmowany z drugiego samochodu podążającego za nim, robi niesamowitą ekwilibrystykę na drodze, wśród furmanek i rowerzystów.

Ludzie w biurze zrywali boki. Jednak... Polak potrafi!.


« Dzienniki - czerwiec II - 2003 | Strona główna | Zywa pochodnia »