« Kolekcjoner | Strona główna | Dzienniki - lipiec I - 2003 »

16 czerwca 2003

Dzienniki - czerwiec II - 2003

Przyjemnie jest wymienić poglądy na tematy nieco szersze, niż fascynacje stanem posiadania i analizy planów zakupów (inwestycji), na najbliższą i dalszą przyszłość.

Od czasu do czasu zdarzy się poznać ciekawych ludzi, i to jest budujące.

W ostatnią sobotę nam się właśnie to zdarzyło. A nie jest to znowu takie częste.

Skończyłem dobrą książkę Szymona Kobylińskiego “Odpukajmy!”. Mistrz Szymon, doskonały gawędziarz z charakterystyczną sobie swadą, analizuje nasze codzienne zachowania, kiedy zwykle nieświadomie oddajemy się gusłom i przesądom, często jeszcze z pogańskich czasów. Przyjemna lektura na parę wieczorów. Ja czytam książki tylko wieczorami, w łóżku. I to dosyć systematycznie. Zaczynam od paru artykułów w gazecie, przechodzę na pierwszą książkę, a po pół godzinie – na drugą.

Tak, w jednej “sesji” czytam dwie książki i gazetę. Tą drugą książką (czasem pierwszą, w zależności od nastroju) jest zwykle Historia Polski. Dzięki której odświeżam swoje wiadomości przekazywane później córce w czasie tzw. Polskiego, który zwykle robimy w weekendy. W soboty, lub niedzielę poświęcamy półtorej godziny na : gramatykę, ortografię i literaturę, historię oraz geografię Polski. Robimy to względnie systematycznie od dwóch lat. Przyznam szczerze, że mi też bardzo przydają się te lekcje. Odświeżam zachwaszczone grządki pamięci tymi: Kazimierzami Wielkimi, gżegżółkami, trenami Kochanowskiego i pojezierzami. A i dziecku to na złe nie wyjdzie.


18 czerwca 2003 (środa)

Zawsze dziękuję Bogu za to że tu jestem, tu żyję. Przez 20 lat pobytu (dokładnie za 3 dni rocznica) w Australii, nigdy nie było inaczej. I za ten fakt też dziękuję. To nie tak, żebym szedł jak koń dorożkarski z klapkami przy oczach. Widziałem (wydawało mi się w każdym razie) pozytywy polskich realiów życia, lecz po chwili głębszego zastanowienia – utwierdzałem się w przekonaniu, że to nie dla mnie. I to z wielu przyczyn.

Będąc przeciętnym inżynierem - bo takim naprawdę jestem, z braku pasji i fascynacji sprawami techniki - albo bym miał tam pracę, albo nie.

Żadne szczebelki kariery zawodowej mi nie grożą, bo od małego czuję awersję do wszelkiej formy dominacji i bycia dominowanym przez innych. Wiem z życiowego doświadczenia, że takie formy są niezbędne, bo utopią byłoby zrównanie ludzi we wszystkich formach współżycia i ich działań. Osobiście jednak, zawsze chowam się pod płaszczykiem indywidualizmu. Umiarkowany non-konformizm jest mi tu złotym środkiem. Tym tłumaczę siebie i innych mnie podobnych.

Powracając do spraw codziennych. Tutaj pracuję w godziwych warunkach i przyzwoicie mi za to płacą. Co więcej się z tym wiąże – nie zaprzątam sobie głowy zbytnio pracą którą wykonuję, ani sprawami finansowymi, które szczerze mówiąc mnie nudzą. To pierwsze pozostawiam w biurze, a to drugie – żonie. Żona w rubryce zawód, od dwunastu lat wypisuje: home duties, i w pełni tych słów znaczenie, realizuje. Dzięki temu mnie pozostaje więcej czasu na „niestworzone myśli”, które czasem przelewam na papier. Nie chciałbym żyć w kraju wielkich kontrastów społecznych, a takim jawi mi się współczesna Polska. Nie imponuje mi być bogaczem wśród żebraków, oczywiście każde inne rozwiązanie nie posiada ani cienia atrakcyjności.

Tu jestem normalny. Spokojne życie ze względnym komfortem, całkowicie zaspokaja moje potrzeby i ambicje. W końcu nie samym chlebem człowiek żyje. Niestety ...żeby zaspokoić te inne potrzeby, też jest potrzebna mamona.

Podsumowując – w Polsce musiałoby się dużo zmienić (nie myślę akurat o inwestycjach) od mentalności prostaczka w Pipidówce do premiera włącznie (do Prezydenta nie mam ostatnio żadnych pretensji), abym ten kraj traktował, jako potencjalne miejsce do zamieszkania.

W wolnych chwilach pisuję czasami to i owo, trochę liryki, jakiś felietonik, czy rymowany żarcik.

Powyższym, opisanym podejściem do życia, absolutnie nie pasuję jednak do stereotypu poety – zwykle człowieka zgorzkniałego, o coś zawzięcie walczącego piórem, pięknie lecz zagęszczoną metaforą wyrażającego swoje myśli...

Czas na gorący tusz ... i do pracy.


23 czerwca 2003 (poniedzialek)

Czuję się trochę nieświeżo, a dopiero zacząłem poranny marsz. To efekt wczorajszej „celebracji” 20-lecia pobytu w Australii. Wypiłem sporo wina. Świętowaliśmy na farmie przy ognisku u przyjaciół. Przylecieliśmy tym samym samolotem, i przez cały ten czas utrzymywaliśmy bliski kontakt. „Farmer” po latach pracy tu jako inżynier, rzucił biuro dla końskiego siodła i teraz do woli przebywa na świeżym powietrzu. Trochę mu zazdroszczę.

Zleciało te 20 lat... Pamiętam pięciolecie pobytu jakby to było wczoraj i uważam że w tym ostatnim okresie niewiele się zmieniło. Chodzi mi tu o psychikę. Mentalność przez te pierwsze 5 lat dobrze się ukształtowała i dostosowała do „Australian condition”. Później już się czuło ten kraj, już można było sobie powiedzieć :– nic mnie już nie zaskoczy. Ale pierwsze pięć lat to było jedno pasmo: poznawania, uczenia się, próbowania, wchodzenia, wpasowywania się w warunki nowej rzeczywistości której na imię Australia.

Nigdy nie zapomnę Australii tego przywitania. Mnie, skrzata polnego ze 100 dolarami w kieszeni i z jedną walizeczką.

Po dwudziestu minutach marszu czuje się lepiej. Świeże powietrze robi swoje. Jeszcze niecały kilometr lekko pod górkę, a później lekki spadek do samego domu.


25 czerwca 2003 (sroda)


Polska to brzmi dumnie – można by parafrazować hasło z PRL-u.

W czasie gdy większość przywódców wiodących narodów, pochowała się w domach i przez zamknięte okna obserwuje sytuację, Polacy, (ich przywódcy) wyszli śmiało na pustawą, europejską ulicę i z podniesioną głową, wymachują polską flagą, wykrzykując proamerykańskie hasła i slogany. I to jest efektowne. Zastanawiam się tylko – na jak długo? Czy dadzą sobie radę, gdy przyjdzie czas na konkrety, wypełnienie deklaracji, wysiłku fizycznego, organizacyjno-finansowego?

Czy sobie z tym poradzą?

A żołnierze amerykańscy ciągle giną...

Mam na bieżąco kontakt informacyjny o sytuacji w kraju. Pierwszą czynnością w pracy, po sprawdzeniu poczty adresów e-mailowych, zaglądam na strony Polskiej Agencji Prasowej. Nic nie umknie mej uwadze, ale nie wszystko mnie ciekawi. Wszelkie afery korupcyjne, powiązania mafijne, i inne formy malwersacji, nepotyzmu, nomenklatury, czy jakby tego nie nazwać, nudzą mnie i obchodzę to z daleka. I jestem tego świadom, że mogę sobie pozwolić na ten luksus.


27 czerwca 2003 (piatek)

Trochę wieje... Na skutek tego wiatru, temperatura 13 stopni – stosunkowo wysoka, o tej porze w zimowy poranek – nie jest komfortem. Dochodzę do pierwszego stawu. Tu często następuje spotkanie z Bogiem. Poddaję się rozważaniom religijnym. Z tym że moje koncepcje wiary nie mogą się ustabilizować, ciągle jakiś nowy aspekt rozsypuje z mozołem ułożoną formę. Jak babki z piasku. Jedno jest dla mnie oczywiste.

Rodzajowi ludzkiemu potrzebne są trzy drogi do samookreślenia światopoglądowego. Jedną z tych dróg, każdy powinien wybrać dla siebie.

Pierwszą, jest zorganizowana forma kosciołów ze wszystkimi im właściwymi obrzędami i tradycjami narośniętymi przez wieki. Które dla jednych są największą świętością, dla innych po prostu cepeliadą.

Jako przykład, niech posłużą nam, nasze odwiedziny w miejscach kultu hinduizmu, czy buddyzmu. Wyobraźmy sobie teraz sytuację vice versa...

Tej pierwszej grupie zwykle, bardziej potrzebny jest harmonogram ułożony przez miejscowego księdza, niż bezpośredni kontakt z Bogiem. Nie uważam tego za nic zdrożnego, skoro autentycznie potrzebują tych doznań.

Drugą grupą jest wcale niemała społeczność indywidualistów. Ludzie ci, w większym czy mniejszym stopniu przywiązują wagę do tradycji, natomiast w sprawach ducha zdają się na bezpośredni kontakt z Najwyższym, w jakiejkolwiek formie Go sobie wyobrażają. Ci ludzie, wyraźnie rozdzielają wiarę w Boga od tradycji, np. wigilia będzie dla nich, tylko formą tradycji, a nie obrządku religijnego.

Trzecia grupa: ludzie wyłączający ze swego kręgu siły najwyższe. Grupa ta, czy to na skutek analizy własnej, czy innych, odrzuca „instytucję boga” we wszechświecie, nie odrzucając często sił wyższych – nie poznanych jeszcze naukowo, źródeł energii i natchnienia, od samego Big-bangu. Nie przyjmują działania żadnych sił mistycznych. Mimo wszystko często kultywują tradycie chrześcijańskie, czy te w których się wychowali, ale nie czują wewnętrznego powołania do odkrycia w sobie Boga.

Wszystkie te trzy grupy są naturalne, a więc z samego założenia są formami dobrymi.

Najgorsze są działania przymusowej ateizacji, czy natarczywnego nawracania na swoją jedynie prawdziwą wiarę.

Tak naprawdę to jest jeszcze czwarta grupa. Bardzo duża grupa. Ci ludzie otaczają mnie na codzień. Ludzi nie mają czasu na Boga w swoim życiu i nad tym nigdy się specjalnie nie zastanawiali, bo tak im wygodniej. Po prostu, lenistwo umysłowe. Ich rodzice często byli już leniwi, a i dziadkowie. I tak zostało, Ci ludzie tworzą sobie inne formy obrzędów (zgodnie z naturą człowieka) – na stadionach i w restauracjach, często opowiadając o tym wręcz z mistycznym namaszczeniem.


30 czerwca 2003 (poniedzialek)

Zima. Hm...australijska zima, południowo-australijska...

Rano – faktycznie, jest całkiem chłodno i ciężko mi wyobrazić sobie tubylców (aborygenów) przed wiekami przetrzymujących w takich warunkach tę zimną porę roku. Teraz dla przyjemności robię sobie te podchody z chłodem... w domu, pracy, samochodzie – klimatyzacja, ale kiedyś... W ciągu dnia często powietrze się nagrzewa i robi się przyjemnie, ciepło aż do godziny czwartej, kiedy gwałtownie się ochładza. Dzień jest krótki, o wpół do szóstej wieczorem robi się już ciemno.

Kiedyś bardzo nie lubiłem tej pory roku. Aby nie być źle zrozumianym, mam na myśli - zimę. Nawet już tutaj, wolałem aby jej nie było. Jednak ze zbiegem lat, zaczynałem doceniać jej dobrodziejstwa. No może nie aż tak,...ale zalety są. Po pierwsze, mamy tak potrzebny deszcz.

Jeżeli do września zdrowo nie popada, później nie ma co liczyć na zapasy wody i odpowiednie nawilgocenie gleby, głównie dla upraw. Co więcej, wyschnięta ziemia gwałtownie podlega erozji. Silne wiatry podrywają co bardziej żyzne cząsteczki ziemi i tony miału ziemnego unoszą się w powietrzu, tworząc wrażenie „burzy piaskowej” - które zwykle występują na terenach pustynnych. Powietrze jest wtedy nieprzejrzyste, koloru karmelowo-ceglastego. Wiatry pchają nawalnicę do centrum miasta, kreując imitację osławionych „mgieł londyńskich”. U nas, tradycyjne mgły, występują generalnie niezmiernie rzadko.

Ponieważ mieszkam na wzgórzach, więc rzadkość ta mnie nie dotyczy. Spotykam często o tej porze roku, warstwy tego białego puchu, zjeżdżając w dół do głównej drogi w kierunku centrum miasta.

Powracam w myślach do tych bardziej egzotycznych „mgieł”. Pamiętam jedną z bardziej gwałtownych burz piaskowych, która zaatakowała nas w cudowne popołudnie, w sam Australia Day – 26 stycznia – siedem, czy osiem lat temu.

Mieszkaliśmy od niedawna w nowym domu, wtedy jeszcze nie zagospodarowani. Krzewy i palmy w doniczkach, sąsiedztwo jeszcze puste. Mieliśmy cudowny widnokrąg. Panorama widokowa z naszego podwórka sięgała horyzontu. Dzień był piękny – 32 stopnie ciepła, bezwietrzny i niezmącony lazur nieba ponad głową.

Jedliśmy właśnie obiad na powietrzu, w podcieniu pergoli. Popijałem moim ulubionym shiraz-cabernet vintage sprzed trzech lat, z lokalnej winiarni, kiedy na horyzoncie ukazała się ciemna plama. Zaczęła wyrastać zza okolicznych wzgórz i jak ciężka, ciemna zasłona teatralna, zaczęła pokrywać nieskazitelne do tej pory niebo. Grozę stanowił bardzo wyraźny kształt i kolor tej płachty.

Sielską atmosferę przenikały przeraźliwe przeloty papug i niepokojący ćwierk innego ptactwa.

W sekundzie skojarzyłem to ze starą suitą Pink Floyd: Grantchester Meadows...chociaż było to skojarzenie typowo inscenizacyjne. Wspominając Pink Floyd – mógłbym chyba napisać pracę doktorską na temat uczuć, które wywoływała we mnie ich muzyka.

Groza narastała. Gwałtowne podmuchy wiatru dawały znać, że „bitwa” jest nieunikniona. Wiedzieliśmy o tym wcześniej z wiadomości radiowych. Jak czujki przednie, zawiewały raptownie, świadcząc o potędze żywiołu. Mimo narastającej trwogi, stosunkowo powoli zebraliśmy zastawę ze stołu, zabierając po drodze wszystkie ruchome przedmioty, typu: zabawki, obrusy tudzież butelki.

Weszliśmy w pielesze domu. Zza wielkich oszklonych, rozsuwanych drzwi, obserwowliśmy resztę widowiska. Na stereo leciała muzyka Czajkowskiego. W międzyczasie w romantyczną melodię Uwertury 1812, wkradały się motywy Marsylianki, notorycznie nękając ucho oczekujących na „wydarzenie”.

Czarna kurtyna szła prosto na nas. Pół nieba zczerniało, niczym błękitno-granatowa flaga powiewająca wraz z gwałtownym wiatrem. Flaga ta rozpostarła się nad nami. Niebieskości z minutę na minutę ubywało. Wiatr szalał już na dobre. Uwertura po sielskim początku, starej muzyki rosyjskiej, dysonansowała elementami zaczepnej Marsylianki, zapowiadającej nieuchronną wojnę. A kiedy bitwa na dobre rozgorzała dźwiękami dzwonów i fortissimo instrumentów całej orkiestry, u nas zrobiło się kompletnie szaro (słońce ciągle gdzieś tam świeciło) i huraganowy wiatr zaczął atakować. Słychać było większe grudki ziemi uderzające o szyby mimo głośnej muzyki. Z pobliskich budów kawałki plastyku i tektury podróżowały w powietrzu szalonym pędem.

Dudnienie i wycie szyb słychać było przez parę minut. Wszystkie nasze rośliny, leżały w nieładzie. Uwerturę kończył chór i wybuchy z armat. Za oknem rozwidniało się...wiatr zelżał.

Po 15 minutach powróciliśmy do normalności, na szczęście bez szkód.


« Kolekcjoner | Strona główna | Dzienniki - lipiec I - 2003 »