« Przezorni | Strona główna | Kolekcjoner »

2 czerwca 2003

Dzienniki - czerwiec 1- 2003

Tak trochę dla zabawy, po części w celu kronikarskim postanowiłem zapisywać niektóre myśli swoje. Zobaczymy jak długo w tym zamiarze wytrwam. Dwa, cztery miesiące – czas pokaże...

Nie pretenduję do porównań z mistrzami tego gatunku, jakimi byli: Thomas Mann, wspaniały Witold Gombrowicz, czy chociażby Maria Dąbrowska. Każde z nich żyło w odmiennych warunkach, środowiskach i kulturze – i każde z nich było świetnym pisarzem. A dzienniki wymienionych tu osobistości literackich, czyta się jak podręcznik filozofii, jak niezgłębioną skarbnicę wiedzy o życiu, o smaku, o intelekcie. W.Karpiński napisał: „Uważam Dzienniki Gombrowicza za najważniejsze dzieło polskiej prozy w całej jej historii”. Ja ze swej strony w pełni podzielam to zdanie, zdając sobie równocześnie sprawę że, nie mógłym sam takich wyroków ferować, jako że znam tylko niewielki procent prozy polskiej.

Jestem w pełni świadom że nie reprezentuję „wysokiego stylu”, ani nawet nie posiadam doświadczenia pisarskiego. Piszę, bo ...

Dzienniki nazwałem porannymi, bo naprawdę powstają wcześnie, o poranku. Są zapisem moich myśli w czasie porannych marszów, które uprawiam od dłuższego już czasu.

Zauważyłem, że właśnie te poranne myśli są najświeższym owocem mózgu i wpływają na późniejsze całodzienne działania i nastrój.

Nie będę zapisywał wszystkich myśli, ani robił tego codziennie z przyczyn czysto obiektywnych. Będą też podawane w formie skondensowanej, lakonicznej. W końcu, nie jest to powieść i nie wymaga szczegółowego opisywania meandrów mojej duszy.

Często jednak „fruwam wysoko” – wręcz filozoficznie kontempluję obecność Boga we wszechświecie, czy struktur budowy tegoż, a czasem całkiem prozaicznie myślę :”w co się dzisiaj ubrać”. Najczęściej błądzę gdzieś tam pośrodku skali ludzkiej mentalności i intelektu. Myślę, o obejrzanym wczoraj wieczorem filmie (rzadko oglądam), czy koncercie muzycznym. Dużą część w moim życiu emocjonalnym zajmuje sport. Lekkoatletyka, tenis czy golf są moim miłosnym wyznaniem, ale darzę sympatią i inne dyscypliny. Sport jest dla mnie czymś więcej niż grą o wynik, czy kibicowaniem którejś stronie. Zawody sportowe oglądane na żywo, czy w telewizji odbieram jako spektakl, spektakl wielowarstwowy: emocji, hartu woli, widowiskowości, sprawności i wieńczenia sukcesu. Nad wszystkim musi panować nieśmiertelna reguła: fair play, bez tego pozostaje tylko niesmak.

Często, wysłuchana właśnie wiadomość w porannym dzienniku radiowym, tuż przed wstaniem z łóżka, wpływa diametralnie na samopoczucie i nastrój. Szczególnie, w ostatnich czasach terroru, zamieszek i kataklizmów. Najmniej będzie o pracy, bo o tym nie myślę często. Wrzucam sobie tylko czasami migawkowy skrót myślowy, czym mam się po przyjeździe do pracy zająć, czy zakodować jakiś pomysł, który muszę w biurze zrealizować. To wszystko. Staram się nie rozwiązywać problemów konstrukcyjnych, czy ogólnie zawodowych, poza pracą. Choć nie uchronię się przed „olśniewającą” myślą w środku nocy, na temat stricte zawodowy. Takie jest życie.


4 czerwca 2003 (środa)

Poprzedniego wieczora skończyłem właśnie czytać obszerny tom poezji Tadeusza Różewicza „Zawsze fragment. Recycling”.

Nie powiem żebym się zachwycał Różewiczem. Niektóre jego wiersze czuję i rozumiem, większość jednak jest mi obca i co więcej, nie widzę w tym nic z poezji.

Ja wiem że się mylę. Fachowcy mówią inaczej, ale czyż liryka jest pisana tylko dla fachowców? Po co wydaje się książki - czy tylko dla usatysfakcjonowania krytyków i wąskiej grupy znawców literatury? Wydaje mi się, że sztuką jest właśnie znaleźć pomost pomiędzy tzw. „sztuką wysoką”, a umysłem przeciętnego odbiorcy dzieła. To co dla mnie brzmi beznamiętnie, fachowiec nazwie - oszczędnością w uczuciach; co nieforemne – buntem przeciw formie; co niezrozumiałe – gęstą metaforą, itp. Gdzież mu tam do melodyczności Miłosza, czy emocji Herberta. Nieład i chaos, poprzeplatany całymi frazami niemieckojęzycznymi króluje w jego wierszach (nie wiem, czy to ciągle adekwatne słowo).

Byłbym niesprawiedliwy, gdybym ocenił tymi słowy całą książkę. Jak już wspominałem są tam dzieła które robią wrażenie, niestety to tylko jednostki. To zgorzknienie ciągle charakterystyczne dla Różewicza – to efekt wojny, i to mu pozostało.

No cóż, nie czuje Różewicza. Bad luck... A są ludzie którzy uważają, że to właśnie jemu najbardziej należała się literacka nagroda Nobla. Znam paru innych, których obdarowałbym tymi zaszczytami, np. Z. Herberta (pośmiertnie), A. Zagajewskiego, czy Stanisława Barańczaka za twórczość własną i doskonałe tłumaczenia. Ale to nie mój problem. Niech się spierają fachowcy od literatury, krytycy i krytykanci.


6 czerwca 2003 (piątek)

Cóż za piękny wschód słońca.To jest jedna z przyczyn, dlaczego lubię tę porę roku. Często zachmurzone niebo powoduje, że słońce wschodzi w fascynującej kompozycji chmur, a oświetlając je tworzy nie do opisania scenografię budzącego się dnia. Kolory – to marzenie artysty malarza. Odcienie czerwieni wymieszane z granatem, aż po lazurowy błękit. Schodząc w dół opóźniam zjawisko wschodu, a podchodząc pod górę – gwałtownie przyśpieszam ukazanie się tarczy słonecznej zza wzgórz, czy zza gęstej chmury.

Po latarniach poznaję swoją „pozycję w grafiku dnia”. Często już z daleka widzę, że ta część latarni ulicznych, czy parkowych wygasa – wtedy wiem że jestem „spóźniony”. Czasem gasną kiedy osiągam właśnie tę strefę tzn. przyszedłem w sam raz. Najbardziej lubię latarnie tuż przy stawie. Tworzą bajkową atmosferę, odbijając swój blask w ciemnej toni. Ale kaczki na to nie zwracają uwagi i już skoro świt zażywają kąpieli. „Jak im nie zimno” – zastanawiam się. Tworzą przy tym urozmaiconą fakturę kółek lub linii na wodzie. Najbardziej lubię być tam po deszczu. Woda wtedy gwałtownie spływa z sztucznie zrobionych progów wodnych, szumem witając przy każdym stawiku. Mamy tu kilka takich oaz wodnych. Wykonali to wraz z zagospodarowaniem ziemi pod nowe osiedle, deweloperzy. Tak, tak, najpierw infrastruktura otoczenia, czyli: ulice, latarnie, parki i place zabaw, na końcu – domy. Teraz po kilku latach jest to wszystko porośnięte okazałą roślinnością wodną i zamieszkałe przez wiele gatunków ptactwa wodnego. Rezydują tu kaczki, kurki wodne, czaple i inne nie znane mi z nazwy ptaki. I wszystko to wśród domostw ludzkich.


8 czerwca 2003 (niedziela)

Wczoraj byliśmy na grzybach, prawie całą rodziną. Pojechaliśmy około 100 kilometrów do lasu, na rydze i maślaki (jedyne, jadalne grzyby które można tu spotkać). Do najbliższego lasu mamy z domu 30 minut jazdy samochodem, ale tu nie ma rydzów, więc pojechaliśmy dalej, w kierunku południowym.

Po drodze wstąpiliśmy do małego kościółka anglikańskiego, który słynie z wybrzuszeń na ścianie tuż przy ołtarzu, obrazujących Matkę Boską trzymającą Jezusa na kolanach. Faktura ta niczym płaskorzeźba ukazała się 10 lat temu, i ciągle istnieje, z tym że w międzyczasie, postać dzieciątka Jezus przekształciła się w ciało Jezusa ukrzyżowanego, spoczywające bezwładnie na kolanach matki. Kiedy tędy przejeżdżamy na ogół zawsze wstępujemy. Tłumów nie ma, zawsze jest pusto. Pojedyńcze osoby zaglądają tu bardziej z ciekawości. Mentalność Anglików (czy ich potomków) jest bardziej pragmatyczna, nie poddają się łatwo mistycyzmowi.

Grzybów było w bród. Po niecałych dwóch godzinach przestały nas interesować. Rozpaliliśmy ognisko (w zimie wolno). Były kiełbaski na patyku, jak za dawnych czasów, a nawet po kieliszku polskiej wódki, o którą zadbała moja zapobiegliwa żona.


9 czerwca 2003 (poniedziałek)

Obejrzałem w końcu „Pianistę” Polańskiego, wczoraj po południu w kinie Piccadilly. Film – klasa. Polański umie robić filmy, to żadna nowość. Pytaniem było, jak sobie poradzi z emocjami przy kręceniu tego, bądź co bądź bardzo prywatnego filmu. Przecież bardzo łatwo „przykiczować” kiedy się coś robi tak osobistego. Zbyt dużo patosu, heroizmu czy patriotycznej nuty, pogrzebałoby ten film. Polański, przy całym realizmie tamtych czasów, pokazał wszystko w odpowiednich proporcjach.

Dziś jest dzień świąteczny, nie pracuję. Obchodzimy urodziny królowej. Nie jest to całkowicie prawdą, bowiem królowa Elżbieta II urodziła się 21 kwietnia (1926r), a nie na początku czerwca. Jednak ze względów praktycznych ( w kwietniu wypada inne święto australijskie – Anzac Day i często święta Wielkanocy) przeniesiono je na ten właśnie miesiąc.

Tak czy owak, mam dużo czasu. Postanowiłem pójść na dwugodzinny marsz. Wybieram moje ulubione zakątki naszej dzielnicy, które na własny użytek nazywam „the best kept secrets”... Tak, tak, czar tych miejsc znają tylko mieszkańcy i to nieliczni. Nie wszyscy robią wycieczki, spacery, czy jazdę rowerem po okolicy. A miejsce to urokliwe. Ciągnie się parę kilometrów wzdłuż wąwozu, którym zwykle płynie strumyk. W tym okresie dość wartkim nurtem przedziera się przez kamienne uskoki i zakola. Dziewicza roślinność wokoło. W samym sercu dzielnicy mieszkaniowej, taka perła. Teraz jest tu pięknie: soczysta zieleń, bogactwo krzewów; ale wrzesień i październik – to dopiero bajka. Rosłe drzewa migdałowe dumnie błyszczą białym kwieciem w słońcu, niczym panny strojne w ślubne suknie. Wdziękiem nie ustępują im dzikie grusze i jabłonie, krzewy morwy i jaśminów. W trakcie marszu nagle tracę kontakt z cywilizacją, znikają domy z okolicznych wzgórz, nie słychać odgłosów z ulicy. Płynie potok, dzika przyroda i...ja. To jest piękne i tylko 20 minut drogi w prostej linii od domu. Pamiętam dokładnie kiedy odkryłem to miejsce, byłem tak tym zafascynowany, i ciągle jestem kiedy tu schodzę. Nienasycony widokiem rozglądam się wokoło. Około południa zacznie się tu ruch i tak aż do wieczora. Ludzie na spacerze z pieskiem. Rowerzysci – kiedyś widywałem tu „polarnika” który trenował swoje husky w zaprzęgu z hulajnogą. Czasem spotyka się dziewczyny dosiadające wierzchowce. Ciekawe, nie spotkałem tu jeźdźca na koniu – tylko same amazonki.

Ale teraz dzielę ten kawałek raju na ziemi tylko z ptactwem, stada wrzaskliwych białych papug, bajecznie kolorowe niewielkie papużki i wścibskie sroki śpiewające swoje arie. Te ostatnie, wraz z krukami są na wiosnę bardzo agresywne. Miałem już kilka „nalotów” . Nie należy to do przyjemności, kiedy pan Hitchcock się kłania, łopotem skrzydeł, a ciarki występują na karku.


10 czerwca 2003 (wtorek)

Uff,...nareszcie skończyłem nagrywać nasz rodzinny kabaret. „Rodzina Ońskich” którą wymyśliłem, to zbiór króciutkich skeczów na trzy osoby (on, ona i ono) powiązanych refrenem muzycznym. Jest to farsa na przemiany, jakim często ulegają osiedlający się tu rodacy.

Sześć „dni zdjęciowych” miało być naszą zimową zabawą, a było dla mnie pasmem stresów, zmieszanych uczuć fascynacji i frustracji i, autentycznej ulgi na koniec. Doceniam „prawdziwych” reżyserów filmowych, kiedy użerają się z niesubordynowanymi aktorami, którzy piętrzą trudności.

Ale skończyliśmy i to najważniejsze. Wczoraj dokręciliśmy ostatnie sceny, a przez resztę dnia montowałem materiał. Z półtorej godziny nagranej taśmy video, zrobiło się 16 minut przedstawienia. Nie wszystko wyszło tak jak planowałem, głównie z powodu możliwości ujęcia planu. Wyobraźnia i oko ludzkie, widzą inaczej niż obiektyw kamery, no ... ale tego uczą w szkołach filmowych. W ogóle, to podchodzę do tych spraw zbyt emocjonalnie ... przecież to tylko zabawa!


13 czerwca 2003 (piątek)

Czuję sią trochę zmęczony. Nie mam tej zwykłej porannej energii. Chyba się trochę podziębiłem. Wieczorem pobolewała mnie głowa i „łamało w kościach”, czyżby grypa...

Ale nie daję się, idę na przekór wiatrowi, który uparł się i wieje prosto w twarz. No cóż, zaczęła się na dobre nasza zima. Jeszcze przez dwa miesiące należy się spodziewać podobnej aury. Zauważyłem ostatnio, że nie zdarza mi się spotykać walkerów, których często widywałem jeszcze parę tygodni temu na mojej trasie. Czyżby odłożyli spacery na cieplejsze dni, lub zmienili czas na bardziej „ludzki” – teraz kiedy wychodzę z domu, jest jeszcze ciemnawo. Muszę podkreślić przy okazji tego tematu, miły zwyczaj (a rano to już obowiązek), pozdrawiania się nawzajem przechodniów i nie tylko - zawsze rano machają mi kierowcy lokalnego autobusiku i rozwożący paczki na dzielnicy. Pozdrowienia typu: jak się masz, cześć, dzień dobry, czy nawet hi dear, śle się do spotkanej osoby, bez egzekwowania Kamyczkowych form kurtuazji, typu... kto pierwszy komu... Zwykle starsze panie, są w tej dziedzinie dużo szybsze.

Od niedawna na niektórych drogach (lokalnych) ograniczono maksymalną szybkość do 50 km/godz. Jeżdżę ... (jeżdżę, to za mocno powiedziane – toczę się) taką właśnie ulicą, na szczęście krótką. W sumie to mi tak bardzo nie przeszkadza, nie muszę się śpieszyć, nie jadę na konkretną godzinę.

W pracy mam czas nienormowany. O której przyjadę - będzie O.K. To duży komfort. Bezstresowość. Takie warunki nie są niestety, powszechne tutaj. Na ogół wymagają rozpoczęcia pracy o 8.30 lub 9.00. Ten elastyczny czas pracy, pozwala mi na dostosowywanie godzin biurowych do swoich potrzeb. Żadna nowość. Już 25 lat temu na takich warunkach pracowałem w biurze konstukcyjnym „Techmatransu”.

« Przezorni | Strona główna | Kolekcjoner »