Reklama-EDynam

Artykuły Archiwalne

Australia okiem amatora – wyprawa na południe od Perth

Autor: Piotr Włódarczak 30 czerwca 2015

Po szalonej i pełnej wrażeń oceanicznej eskapadzie do Coral Bay, i spędzeniu kilku dni w Perth, postanowiłem pożyczyć od moich gospodyń samochód marki Toyota i pojechać nim na południe od Perth. Zapraszam do wspólnej podróży.

Na początek kilka spraw…

No i stało się ! Wygrał Pan Duda i został naszym nowym prezydentem. Nie był moim faworytem, ale życzę mu powodzenia, żeby dał sobie radę, bo jeśli jemu się uda, to uda się również nam – jego rodakom. No, nie mówię o Was – mieszkających w dalekiej Australii, bo Wy już się ustawiliście i macie słoneczko, papugi i kolorowe wodoodporne dolary … fajnie.

Zapraszam Was wszystkich w lipcu do Warszawy na nasz stadion narodowy, bo tutaj, po 5 latach nieobecności wystąpi australijska grupa rockowa AC/DC. Gdy oni byli już sławni ja chodziłem dopiero do podstawówki, ale dziadki nadal grają z dużą werwą. Ja raczej pojadę do Rybnika na koncert Linkin Park, ale to dopiero w sierpniu. Tymczasem niedawno widziałem, bo nie miałem co robić, festiwal Eurowizji i pierwszy raz w historii tej imprezy wystąpił na niej gostek reprezentujący Australię. Zaśpiewał nawet fajną piosenkę i zajął 4, 5 lub 6 miejsce, dokładnie nie pamiętam. A Polska zajęła takie samo, ale od końca. I co Wy sobie myślicie? Tak nagle ktoś od Was przyjedzie i już macie sukces? Nieźle.

Ale za to Pani z brodą – Conchita Wurst – wystąpi u nas w Polsce na sabacie czarownic w Górach Świętokrzyskich. Nasi siatkarze dobrze sobie radzą w Lidze Światowej, a polska reprezentacja w piłce nożnej pobiła Gruzję 4:0 w eliminacjach do Euro 2016 i nadal zajmuje pierwsze miejsce w grupie. Tak piszę Wam o tym, żebyście poczuli nasze smaczki w rozpoczynającym się sezonie wakacyjnym. Nie wspomnę o rekonstrukcji rządu, paru gości odeszło, a paru przyszło. Zanim się wszystkiego nauczą, ich misja się zakończy.

Ale czas wracać do sedna sprawy. Zatem udałem się …

samochodem na południe od Mandurah …

w głąb Australii południowo-zachodniej. Wspomnę, że ruch w Australii jest lewostronny, co dla Was jest normą, ale dla mnie kłopotliwe, bo trzeba było się pilnować, żeby na rondzie nie jechać w prawo. Bywało, że omal nie zginąłem na przejściu przez ulicę w Perth, bo najpierw patrzyłem w lewo, a potem w prawo (jak w Polsce), tymczasem trzeba było odwrotnie. Na szczęście miejskie australijskie autobusy mają dobre hamulce. Ruch lewostronny jest pozostałością po angielskim kolonializmie i z początku stwarza pewne problemy, bo trzeba myśleć i zawsze „keep left”, zwłaszcza, gdy prowadzi się pożyczoną furę o wartości 100.000 zł. Z początku byłem w szoku, bo myślałem że auta w Australii prowadzą 5-cio latki, ale nie … one po prostu były na miejscu pasażera, z przodu.

Każda wyprawa się kończy z chwilą, gdy dotrzemy na miejsce, a potem zaczyna się poznawanie. A zatem poznawałem rejon, który na mapie Australii wytycza linia: Mandurah – Busselton – Margaret River – Augusta – Pemberton – Walpole – Denmark – Albany – Pinjarra – Mandurah o długości ok. 1.300 km.

Południowe tereny od Perth są diametralnie inne od tych pustkowi na północy, są pełne roślinności, gęstych lasów, w tym eukaliptusowych, są trochę górzyste, a nie tak płaskie, krajobraz ciekawy i urozmaicony, zamiast czerwono-żółtej ziemi pokrytej lichymi roślinami w drodze na północ. W zasadzie cały rejon jest typowo rolniczy, wszędzie ciągną się wielkie farmy bydła mięsnego, ale i krów mlecznych, owiec, danieli, koni i kóz. Czegóż oni tam nie hodują? Gdyby mogli trzymać również świnki morskie, też wypasałyby się tam masowo. Rejon  Margaret River słynie z wielkich i znanych w kraju winnic produkujących wspaniałe wino, które dociera również do Polski. Wraz ze zwierzętami domowymi swobodnie wypasają się kangury, dla których płoty nie stanowią żadnej przeszkody, miłe urozmaicenie w krajobrazie i nudnym życiu.

Uwaga na kangury - foto Piotr Włódarczak

Uwaga na kangury – foto Piotr Włódarczak

Jadąc autem trzeba nieustannie uważać na wyskakujące z boków kangury, a często dokonywać istnego slalomu między rozjechanymi ciałami torbaczy. Powinna być taka dyscyplina olimpijska albo przynajmniej w sportach motorowych: „slalom między torbaczami”. Australijczycy byliby w niej mistrzami świata. O niebezpieczeństwie jakim są kangury na drodze informują żółte znaki drogowe. Na poboczach dróg pasą się z kolei stada zielonych papug, które wyszukują nasiona zgubione przez przejeżdżające licznie ciężarówki z płodami rolnymi. Ptaki nie przejmują się prędkością mijających je samochodów. Gdy przejeżdżałem obok z pędem (110 km/h), podmuch wiatru podwiewał ich pióra do gołej skóry i można było zobaczyć czy włożyły dziś majtki, ale one trwały na posterunku mrużąc oczy z zadowolenia. Chyba traktowały to jako miłą pieszczotę.

Rejon południowo-zachodni obfituje też w duże i monumentalne jaskinie. Spośród nich zwiedziłem jaskinię Jewell, gdzie znaleziono szczątki tygrysa tasmańskiego. Kiedyś tam wpadły i już nie wyszły. Podczas wędrówki pod ziemią, miła pani przewodnik ostrzegała nas, żeby nie oddalać się od niej i nie wchodzić do miejsc poza wyznaczonym szlakiem. „Inaczej za kilka lat znów znajdziemy kości, tym razem Wasze. I będzie trzeba czyścić je pędzelkiem” – mawiała.

Ach te piękne plaże Australii …

Australia ma ich mnóstwo, właściwie jest jedną wielką plażą, przecież ten kraj i kontynent jest jednocześnie wyspą, więc wody oceanów obmywają jej kamieniste i piaszczyste plaże dookoła. Już o morskim wybrzeżu pisałem Wam ostatnim razem, ale co tam … rozkoszujmy się nimi jeszcze raz, działały na mnie jak drapacze chmur na Manhattanie w Nowym Jorku, wciąż do nich wracałem i wracałem. Plaże są trochę dzikie, naturalne, nie ma żadnych budek ratowników, gdy się kąpiesz, robisz to na własny rachunek. Możesz robić co się Tobie podoba, ale gdy nadgryzie Cię rekin lub się utopisz, to już Twój problem.

There are not any budek z frytkami, nie ma dziwnych ludków – jak w Polsce – przeczesujących plaże i wołających: „lody, lody…dla ochłody” lub „kukurydza gotowana”, bo tutaj nie mieliby racji bytu, ponieważ  plaże są … puste. W Australii stawia się na naturę, o czym ostatnio wspomniałem, a brak tłumów na plaży jest tego konsekwencją. Często spędzałem na nich po kilka godzin i w zasadzie byłem sam. Z początku czułem się głupio, tak jakby obowiązywała czerwona flaga, zakaz kąpieli i wszyscy poszli do domu, ale z czasem się przyzwyczaiłem. Tyle, że fale były naprawdę silne, raj dla surferów i żeglarzy.

Australijczycy zawsze i wszędzie taszczą swoje łódki ze sobą. Gdy jadą na camping, to kilkoma samochodami, bo łódka, sprzęt do wędkowania i lodówka zabierają mnóstwo miejsca. A po co im lodówka? Żeby wsadzić tam kilka kast piwa. A do tego gromadka dzieci, często trójka lub czwórka. Australijczykom się powodzi (żyją na złocie, niklu, rudzie żelaza i innych surowcach), po Szwajcarach są drugim narodem pod kątem zamożności. Przynajmniej tak mówili w radio RMF FM. Ale wracając do plaż, dobrze by było się nie utopić, więc będąc na nich samemu, musiałem się pilnować. Woda była wspaniała, orzeźwiająca, a jednocześnie ciepła. Niestety nie mogłem zabłysnąć moimi krótkimi europejskimi gaciami – kąpielówkami, tak jak zaistniałem na amerykańskich plażach w Karolinie Północnej i na Florydzie, gdzie moje niespotykane odzienie wabiło płeć piękną. Tutaj nikogo nie przyciągało, bo nie było wokół żywego ducha. O historii z gaciami jeszcze Wam opowiem.

Starcie w Margaret River

Po zwiedzeniu najdłuższego w Australii betonowego mola w Busselton, obejrzeniu kilku delfinów pławiących się w wodzie i włóczeniu się po stolicy winiarzy Margaret River, którego downtown przypominało mi trochę zakopiańskie Krupówki, udałem się na nocleg do miejscowego hostelu okupowanego przez back packerów, czyli osoby mieszkające na stałe w hostelach w pokojach kilkuosobowych, podążających za pracą, które nie martwią się posiadaniem domów, mieszkań, ogródków, koszeniem trawy i kredytami. Przyszło mi nocować w pokoju z jednym Australijczykiem, który dość szybko urwał się i poszedł na balangę. Musiał wypić na niej hektolitry australijskiego (słabego) piwa, bo nieźle się wstawił i walczył z siłą przyciągania ziemskiego. Po powrocie do naszej komnaty zapalał mi nieustannie światło, przewracał jakieś torby, szurał o podłogę i coś tam mruczał jak miś Koala po przebudzeniu z narkotykowego letargu. Nie dał mi spać przez kilka godzin. Ale o świcie poległ, choć mówił, że o 7 rano musi wstać do pracy i wtedy ja przystąpiłem do kontrataku. Oj, czekaj Ty dziadzie. Australijczyk nie wiedział, że w procesie moich narodzin na ten padół, jakiś lekarz (do dziś nie ustaliłem jego personaliów)  wziął wielkie szczypce i chwycił mnie nimi za łeb, żeby szybko wyciągnąć mnie z łona matki, gdyż nie dogadywałem się z pępowiną i ona mnie dusiła. Tak samo dzieje się z prosiętami, gdy akcja porodowa się przedłuża, a wiek lochy jest już zaawansowany. W efekcie tej interwencji skrzywiono mi przegrodę nosową, co objawia się chrapaniem, zwłaszcza, gdy jestem na nieznanym terytorium, zmęczony i leżę płasko. Wystarczyło żebym wyrzucił moje poduszki i zasnął z głową położoną naprawdę nisko. Wkrótce dało się słyszeć niezłe chrapanie, dudnienie jak z barłogu niedźwiedzia, a leżałem na łóżku piętrowym, na jego dole. Górna część łóżka rezonowała jak pudło w gitarze akustycznej i nieprzyjemne dźwięki zaczęły atakować aparat słuchu zmęczonego tubylca. Był załatwiony. Obudził się z przekrwionymi oczyma i klął pod nosem, a około 5.30 rano wstał przedwcześnie, ubrał się i poszedł w siną dal. Nie rób drugiemu co Tobie niemiłe.

I czas kończyć…

Powiem tylko, że miałem też miłe spotkania z tubylcami i obcokrajowcami. Np w hostelu w Denmark spotkałem pewnego przemiłego Włocha i Belga, a potem dosiadł się do nas Australijczyk. Ale o tym następnym razem, a za dwa miesiące wyjaśnię w jaki sposób kaczuszki przyczyniły się do tego, że zostałem zootechnikiem, o czym wspominałem w części I moich opowieści. Zajmuję się  zawodowo świniami, więc od razu opowiem coś o australijskiej farmie.

A teraz UWAGA!

Pomóż napisać książkę o Australii !!!

Napisałem już jedną, ale o moim pobycie, pracy i podróżach w Stanach Zjednoczonych. Nazywa się „Moja Karolina – opowieści z USA” i na pewno znajdziecie ją sobie w internecie. Jest lekka, przyjemna i bardzo zabawna, relaksująca i dla każdego. Z kolei w I kwartale 2016 r wyruszam na kolejną wyprawę do Australii, z Perth przez południową część kontynentu do Melbourne, Sydney i dalej na północ, aby skończyć w Uluru. Zamierzam nurkować, spróbować  surfingu, jechać autostopem – w czym byłem niezły, bo zwiedzałem tak kiedyś pół Europy, odwiedzę farmy bydła, chcę zobaczyć krokodyle i spotkać wielu fajnych ludzi. Jeśli miałbyś ochotę się ze mną zobaczyć, robisz coś ciekawego w Australii, znasz fajne miejsca, jeśli jest adventure, po prostu pisz na mojego maila:  piotras6@wp.pl   zaproś, doradź coś, podpowiedz.

Czekam i pozdrawiam wszystkich.

Komentarze

Autor

Piotr Włódarczak

Piotr WłódarczakPiotr jest czynnym zawodowo zootechnikiem, który w miarę możliwości podróżuje po świecie. Ukończył Uniwersytet Przyrodniczy w Poznaniu, gdzie mieszka na stałe. Oprócz Stanów Zjednoczonych interesuje się Australią, jej przyrodą, rolnictwem, stylem życia i uwielbia przygodę. Więcej artykułów tego autora