Reklama-EDynam

Artykuły Archiwalne

Australia okiem amatora – wypad na rafę Ningaloo w Australii Zachodniej

Autor: Piotr Włódarczak 15 maja 2015

W końcu Australia to wyspa, ze wszystkich stron oblewają ją wody oceanów. Dlatego jeśli w Australii nie surfujesz, to nie istniejesz, po prostu nie żyjesz. Tak samo jak z Facebookiem, gdy nie masz swojego konta, to znaczy, że umarłeś. Jeśli więc przynajmniej nie lubisz wody i nie przepadasz za spędzaniem czasu na plaży, to nie masz po co lecieć do Australii. Ale jeśli lubisz byczyć się na plaży lub aktywnie spędzać czas w wodzie, to będziesz w pełni ukontentowany, plaż ci nie zabraknie. Gdy wyjedzie się z jednej z nich, nie ma sensu nad tym ubolewać, bo tuż za rogiem jest kolejne wspaniałe miejsce, kuszące piaskiem lub kamieniami i niebieską wodą. Nie dziwcie więc się, że już w pierwszym tygodniu mojego pobytu w Mandurah i Perth, postanowiłem pojechać do Coral Bay, niedaleko Exmouth na samej północy.

Słynna australijska rafa koralowa

Jeśli ktoś obudziłby mnie w środku nocy i krzyknął mi do ucha hasło: „Australia”, to po pierwsze dostałby ode mnie papciem w łeb, a potem odkrzyknąłbym automatycznie: „Wielka Rafa Koralowa”. Właśnie tak, z tym przede wszystkim kojarzy nam się kraj kangurów. Great Barrier Reef położona niedaleko Cairns i Papui i Nowej Gwinei jest przede wszystkim tropikalną rafą, której powierzchnia dorównuje, a nawet przekracza powierzchnię Polski. To jest dla nas nie do wyobrażenia, bo pomyślmy chwilę o sytuacji, w której wskakujemy do wody pod Szczecinem, a wyjdziemy z niej dopiero gdzieś pod Rzeszowem!

Rafa koralowa w Australii Zachodniej - foto Piotr Wlodarczak

Rafa koralowa w Australii Zachodniej – foto Piotr Wlodarczak

Byliście kiedyś zbyt długo w wannie? Na pewno jako dzieci podczas zabawy w wodzie, albo w intymnej sytuacji z partnerem lub partnerką … ups … może nie będę wchodzić na ten grząski grunt, no i nie pisuję dla „Playboya”. W każdym razie skóra jest wówczas marmurkowa, pomarszczona i odmoczona, że wygląda się w niej jak stuletni staruszek. Jeśli chciałbym przepłynąć całą rafę wszerz, postarzałbym się z szybkością światła i z pewnością wyrosłyby mi skrzela.

Niedawno czytałem artykuł o tym, że australiski rząd zezwolił na wywóz piasku i mułu pochodzących z pogłębiania plaż na wschodnim wybrzeżu i zrzut tego wszystkiego na wielką rafę koralową. Oczywiście wywołało to oburzenie ekologów, co mnie trochę zadziwiło, że Australia – ekologiczny kraj ma problem z ekologami. Póki co zostawmy na razie Wielką Rafę Koralową, bo tam dopiero kiedyś będę, no i nie chciałbym dostać kupą mułu w twarz  podczas nurkowania.

Witamy na Ningaloo Reef

Zachodnie wybrzeże też  ma swoją rafę – „Ningaloo” (1400 km na północ od Perth) nad Oceanem Indyjskim, choć nie jest tak sławna jak ta tropikalna ze wschodniego wybrzeża. Ningaloo jest za to łatwo dostępna, wystarczy wejść do wody i zanurzyć się z rurką i maską, a nieznany, przedziwny podwodny świat mamy w zasięgu ręki.

Żeby go doświadczyć pojechaliśmy właśnie w trójkę do Coral Bay – miejsca, o które zabijają się Australijczycy i z dużym wyprzedzeniem rezerwują tam miejsca noclegowe. Miejscowość turystyczna nie narzeka na brak frekwencji, ale w Australii stawia się na naturę i tamtejsi decydenci nie lubią za bardzo rozbudowywać takich miejscowości, bo wtedy nie będzie już taka sama.  W Polsce nastawialiby zaraz miliony budek z goframi, frytkami, smażalniami ryb, zasmrodziliby i zabetonowaliby okolicę, a przy plaży sprzedawano by kolorowe lumpy i jakieś graty. Po plażach zawalonych parawanami chodziliby śmieszni ludkowie z okrzykami: „lody, lody dla ochłody !” Tutaj nie ma o tym mowy.

Zatem rozbiliśmy nasze namioty i zaznaliśmy trochę kempingowego  życia, smażenia steku w kempingowej kuchni, a przede wszystkim kąpieli w oceanie na różne sposoby.  Jednak żeby pływać, trzeba było najpierw wejść do wody, a gdy tylko tego dokonaliśmy, natychmiast dopadała nas sfora ryb. Całymi ławicami brylowały w płytkich wodach i oczekiwały,  że będziemy je karmić resztkami z obiadu lub śniadania. Jeśli nic dla nich nie mieliśmy, a nadal staliśmy w wodzie, ryby były tak bezczelne, że raz po raz gryzły nas po łydkach, jakby dawały ostrzeżenie: „Halo, jesteśmy tutaj ! Dawaj prowiant i wchodź, albo spadaj koleś”. Zupełnie jak moje świnie w kojcu, równie bezczelne. Wiem co mówię, bo jestem zootechnikiem i świnia bez żenady wymusi na tobie haracz.

Nurkowanie na rafie, korale, rekiny i ryby

Będąc w Coral Bay wykupiłem sobie całodniową wycieczkę w ocean wraz ze snorkingiem. To najlepsza droga, żeby zażyć trochę oceanicznej przygody tak znienacka, bez przygotowania, choć imprezka kosztuje ponad 260 australijskich dolców. Niedużą łodzią wywieziono nas w ocean i zrzucano w różnych miejscach, żeby poobserwować podwodne życie. Opiekowały się nami dwie miłe panie, które wchodziły z nami do wody i jeden Hindus, który omawiał procedury na łodzi, w tzw międzyczasie. Gość mógłby zagrać w jakimś filmie Barei, miał specyficzny styl i humor, ze stoicką miną i czerwoną kropką między oczami uprawiał sobie małe żarciki.

– Jak zobaczycie w wodzie jakieś rekiny … to wracajcie na łódkę, jak najszybciej – tłumaczył, a potem zawiesił głos i dodał: … jeśli zdążycie … ale spokojnie, mam dla was czarne worki – śmiał się.

– Ale rekiny mają tutaj sporo ryb, mają dość pokarmu – zaoponował ktoś z nas, żeby dodać sobie otuchy.

– No … ale Ciebie znacznie łatwiej złapać, zapewniam – odpowiedział Hindus.

Potem nie wiem dlaczego, ale mówił do mnie: „Peter wchodzi pierwszy … ma czerwone kąpielówki, ściągnie na siebie uwagę rekinów”. Żartowniś. Ale nawet byki nie rozróżniają przecież koloru czerwonego, tak samo rekiny, ale i byki i rekiny reagują na ruch, a te ostatnie dodatkowo na krew.

Potem dodał jednak, że rekiny raczej uciekną niż nas zaatakują, ale powinniśmy trzymać się w grupie, rekiny nie lubią atakować frontalnie, ale raczej wybierają sobie ofiarę ze stada. Poza tym rekiny przebywające na rafie nie są groźne. Przypływają tutaj na kilkudniową odnowę biologiczną. Pływają dookoła korala i otwierają paszczę, a różne rybki i żyjątka oczyszczają im zęby, skórę, a w zamian rekiny ich nie zjadają.  Ale z nami takiego paktu nie miały.

Widoki pod powierzchnią wody były fantastyczne, korale dookoła nas rozstawiały swoje ramiona ku górze, do promieni słońca rozlewających się w warstwach wody. Ich barwa była niebieskawa, a nie tak biała jak po środkach wybielających, a tym charakteryzuje się wielka rafa koralowa. Tysiące różnych rybek, wszelkich kształtów i maści pływało między nami, łypiąc okiem na dziwnych przybyszów i w ogóle się nami nie przejmowały, nie uciekały i nie bały się. Ale gdy usiłowałem dotknąć ich palcem, w ostatniej chwili zmieniały kierunek pływu. Miały nas pod pełną kontrolą. Z każdego zakamarka wyłaniała się jakaś dziwna ryba jak na filmie: „Finding Nemo” i zdawała się mówić: „ to mój teren, czego tu chcesz ?” Niektóre ryby pływały w ławicach po kilkaset sztuk, ciekawe jak one pilnują porządku w swoim szyku? A gdy któraś znalazła coś dobrego do zjedzenia na koralu, zaraz zlatywali  się pobratymcy jak kurczaki do kwoki, która wygrzebała im ziarenko z piasku i zaczynała się „imprezka”.

Wracając do rekinów, są one wszędzie, nieustannie wędrują z południowego wybrzeża Australii na północ, mijają Perth i Coral Bay i płyną aż do Exmouth, a potem wracają. Przy okazji zjedzą sobie jakiegoś surfera od czasu do czasu. W Australii co roku rekiny zabijają od 10 do 12 osób, więc kąpiąc się na różnych plażach, wybierałem miejsca, gdzie pluskało się dużo dzieci – tak radzili mi miejscowi. Rekiny zawsze atakują małe foczki w pierwszej kolejności … ot taki mały czarny humor.  Ale spokojnie, australijskie rodziny mają naprawdę dużo dzieci. Jednak będąc w oceanicznej toni, warto raz po raz się obejrzeć, co mamy za swoimi plecami, czy nie ma za nami jakiegoś rekina ? Jeśli tak, to wtedy pozostaje nam tylko zapytać się go czy woli nas zjeść z ketchupem czy sosem chili? Ale mnie o wiele bardziej zdziwiłaby sytuacja, w której za moimi plecami w oceanicznej toni zobaczyłbym mojego komornika ścigającego mnie z Polski i który zapytałby mnie: „Panie Piotrze, płacimy ten mandacik ?” Cholera, dlaczego nie pożarły go rekiny ?

Żółwie i manty

Po jakimś czasie zmieniliśmy nasz akwen i pod wodą oglądaliśmy z kolei żółwie – Green Turtles. W grudniu i styczniu składają na plażach miliony jaj, a w kwietniu wylęgają się  z nich małe. Niestety przeżywa tylko 3-5% z nich, gdyż do brzegu przypływają wszelkiej maści drapieżniki, doskonale wiedzą, że stół będzie dobrze zastawiony żywym żółwim mięskiem. Skorupki żółwi wcale nie będą im przeszkadzać w uczcie, gdy utkną gdzieś w ich zębiskach, bo od tego są wykałaczki. Ocean i słońce kojarzą się nam z wakacjami, sjestą, a tak naprawdę odbywa się w nim nieustanna rzeź niewiniątek, wszystkie stworzenia usiłują pożreć siebie nawzajem i są bezwzględne w walce o przetrwanie. Chyba myślą, że są w polskim sejmie.

Potem cała nasza ekipa wypłynęła szukać mant – dużych planktonożernych płaszczek z rozpiętością „skrzydeł” do 4-5 metrów i rekina wielorybiego, też zjadającego plankton. Użyto do tego samolotu, który z góry wyszukiwał obiekty w wodzie i przekazywał współrzędne na statek. Po przybyciu na miejsce żerowania mant i rekinów, panie przewodniczki wskakiwały do wody, a my za nimi. Wtedy gapiliśmy się na te duże zwierzęta, które ocierały się nam prawie o twarz.

Manty – chluba Australii, wykonują „beczki” czyli pływają po okręgu góra-dół i często dokonywały zwrotu przed moją gębą. Przy nich pływa zawsze gwardia przyboczna czyli inne ryby i dokonują zwrotu w tym samym momencie w którym robi to manta. Ale skąd one wiedzą kiedy należy skręcić ? Doskonale koordynują swoje ruchy, wygrałyby wszystkie olimpiady w zakresie pływania synchronicznego. No, dziwa były Panie, wielkie dziwa. Podobne widziałem już kiedyś na Florydzie na Key West. Proceder z mantami był taki, że Pani w wodzie wyszukiwała odpowiednią sztukę, dawała znak podniesioną pięścią do góry, a wtedy wszyscy mieliśmy płynąć do niej i podziwiać jej mantę. Ja jednak znalazłem sobie swoją (pływają w grupach po 3-4), po co miałem się tłoczyć z tymi wszystkimi ludźmi ? Poza tym Pani niepotrzebnie odwracała moją uwagę od przyrody. Była młoda, kilka miesięcy przebywała na słońcu i w wodzie, skórę miała całą oliwkową, długie i czarne włosy, które w wodzie układały się jak grzywa, długie profesjonalne płetwy i gdy tak w wodzie zawisała (często schodziła 3-4 metry w dół robiąc podwodne zdjęcia dla nas), skąpana w promieniach słońca, wyglądała jak syrena, zjawa … nie wiedziałem czy gapić się na nią czy na mantę? I kto tutaj jest piękniejszy? Już tego nie rozstrzygniemy, ale spotkamy się niebawem w kolejnej opowieści …

… pomimo tego, że Wy w tej Australii głosowaliście na Andrzeja Dudę. Nigdy tego nie zrozumiem, dlaczego żyjecie sobie w dobrobycie, pięknym i słonecznym kraju, a nam – pozostałym w Polsce, chcecie zgotować taki los? Może więc się zamienimy? Zamieszkasz w moim domu w Komornikach pod Poznaniem, a ja przeprowadzę się do Ciebie, na Antypody, a wtedy żyj sobie pod rządami partii reprezentowanej przez Pana D. ile wlezie, do woli. Ale w sumie nie jestem pamiętliwy, nie obrażę się za to na Was, a każdego prezydenta wybranego demokratycznie uszanuję.

Do zobaczenia !

 

Komentarze

Autor

Piotr Włódarczak

Piotr WłódarczakPiotr jest czynnym zawodowo zootechnikiem, który w miarę możliwości podróżuje po świecie. Ukończył Uniwersytet Przyrodniczy w Poznaniu, gdzie mieszka na stałe. Oprócz Stanów Zjednoczonych interesuje się Australią, jej przyrodą, rolnictwem, stylem życia i uwielbia przygodę. Więcej artykułów tego autora